Zrobiliśmy z Gortata gwiazdę NBA. Polscy internauci znów nie zawiedli

Opublikowano Styczeń 24, 2015 | przez lucky bastard

Washington Wizards v Boston Celtics

Odnieśliśmy spory sukces. My wszyscy, Polacy, internauci z nad Wisły. Powinniśmy teraz przybijać sobie piątki, klepać radośnie po plecach, rozlewać szampany i wznosić toasty. Nieomal wypaczyliśmy wyniki kolejnego internetowego plebiscytu. Brawo. Naprawdę jest się z czego cieszyć.

Nawet jeśli nie interesujecie się zbytnio koszykówką i nigdy w życiu nie przyszłoby wam do głowy, że można zarwać nockę po to, aby obejrzeć mecz NBA, zapewne wiecie, o co chodzi. Pewnie i wasi znajomi z Facebooka i Twittera przez ostatnie tygodnie zalewali swoje tablice postem o dość enigmatycznej treści „Marcin Gortat #NBABallot”. Robili to po to, by polski koszykarz załapał się do prestiżowego Meczu Gwiazd NBA. Robili to pomimo, że Gortat na takie wyróżnienie – choć bez wątpienia wielkim sportowcem jest i nie chodzi tu tylko o jego gabaryty – nie zasłużył.

I nie jest to wcale stwierdzenie podlegające dyskusji, mające na celu wywołanie taniej kontrowersji. Jeśli nie wierzycie, odwiedźcie dowolny portal zajmujący się koszykówką lub zapytajcie o to kogoś, kto orientuje się w temacie basketu. Każdy jak jeden mąż powinien powiedzieć wam to samo: to jeszcze nie ten poziom, byli lepsi, może w przyszłym roku. Przykładowo dziennikarz Telewizji Polskiej pisze: „Gdyby dziś tworzyć listę najlepszych wysokich zawodników w NBA, przed Gortatem – z różnych względów, także statystycznych – trzeba by postawić co najmniej dziesięciu.” Tyle w temacie. Koniec kropka.

Do pełni szczęścia zabrakło niewiele. Nabiliśmy rodakowi rekordowe 570 tysięcy głosów, a by dostać zaproszenie do Madison Square Garden potrzebne było tylko 77 tysięcy więcej. Mimo to, praktycznie wszędzie gdzie spojrzycie, odtrąbiono triumf. „Ale pokazaliśmy siłę”. „Czapki z głów”.

No cóż, nas takie przypadki zawsze bardziej żenują, niż cieszą. Wiele raz już to przerabialiśmy w przypadku polskich sportowców. Jeśli nas pamięć nie myli, to nawet kiedyś jedna z niemieckich gazet zablokowała możliwość oddawania głosów z terenu Polski, bo Robert Lewandowski zdominowałby wszystkie konkursy. Nie tak dawno w głosowaniu internautów w plebiscycie „Golden Boy” Arkadiusz Milik prawie wyprzedził niekwestionowanego faworyta Raheema Sterlinga z Liverpoolu. W głosowaniu właściwym – jury stanowili dziennikarze z najpoważniejszych gazet na Starym Kontynencie – Polak nie zaistniał. Sytuacja była tak kuriozalna, że organizatorzy, włoski dziennik Tuttosport, w osobnym artykule musiał wyjaśniać, kim dokładnie jest Milik i z czego wynika jego popularność w głosowaniu.

Zastanówmy się dobrze, o czym tak naprawdę świadczą te pospolite ruszenia naszych internautów. W pierwszej kolejności wymienimy oczywiście chęć pomocy rodakowi. To nawet szlachetne, ktoś mógłby nawet powiedzieć, że to przejaw patriotyzmu. Wszystko ładnie-pięknie, ale spójrzmy „głębiej”. Wychodzi na to, że chodzi o… zwykłe kompleksy. Tak, tak, nie ma innej odpowiedzi. Tak bardzo chcemy być zauważeni na świecie, tak bardzo potrzebujemy ambasadorów polskości, że mobilizujemy się, by głosować wbrew całemu światu i wbrew zdrowemu rozsądkowi. Być może mamy solidne podstawy, by je posiadać, ale warto się z tym aż tak afiszować?

Czy nie większym powodem do dumy byłby to, gdyby Marcin Gortat dostał się do Meczu Gwiazd wtedy, gdy solidnie na to zapracuje i zasłuży? Pytanie retoryczne – oczywiście, że tak. Wbrew pozorom nie jest to niemożliwe, Polacy nie mają bana na docenienie za granicą. Przykłady? Chociażby dwa ze Stanów. W 2012 roku Sebastian Janikowski wystąpił w meczu Pro Bowl, czyli meczu gwiazd NFL. Dwanaście lat wcześniej hokeista Mariusz Czerkawski załapał się do składu na historyczny, 50. mecz gwiazd NHL. Naprawdę można.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑