AŁA? Uszy na pewno nie bolą. Mes, znowu to zrobiłeś!

Opublikowano Listopad 7, 2016 | przez Sofronow

tentypmes-ala

Kiedy przesłuchaliśmy singiel „Jak nikt” z nowej płyty Tego Typa Mesa, dzwoniliśmy po współtowarzyszach posiadówki, na której byliśmy dzień wcześniej i wypytaliśmy, czy aby na pewno nam nikt niczego nie dosypał do drinka. Mes rapujący o miłości?! Nie no, to bankowo jakieś lepsze prochy albo może nas jeszcze trzyma wóda, bo drinków nie przyjęliśmy przecież jeden czy dwa. Mes rapujący o miłości… No nie. Jeszcze nam powiedzcie, że ktoś wpadł na to, by uznać Kielce za polską stolicę mocy.

Yyy… heh… znaczy no…

Przypomnijmy, że mowa o facecie, który przez całą karierę muzyczną słowo „poważny związek” stawiał na równi z „kicz”, „fałsz” i „banał”, zresztą nawet nazwa założonej przez niego oficyny wydawniczej „Alkopoligamia” jasno sugeruje, jaki styl życia preferuje jej autor. Pozmieniało się. Podskórnie czuliśmy, że do tej przemiany prędzej czy później dojdzie i – musimy przyznać – nieco obawialiśmy się, co wtedy będzie. Stępiony pazur? Zamiast ostrych i jadowitych myśli – ckliwe i bzdurne piosenki? Absurdalne hejtowanie siebie samego sprzed lat i wpajanie słuchaczom nowej, odwrotnej o 180 stopni, ortodoksyjnej filozofii?

Obawy były jednak bezpodstawne. Nie zmieniło się kompletnie nic.

Album „AŁA” wydaje się być kontynuacją obranej drogi, kolejnym przystankiem w karierze warszawskiego rapera czy – w tym momencie można używać już tego słowa z pełną odpowiedzialnością – artysty. Wiecie, gość zawsze wydawał się inny niż reszta, zawsze był o krok do przodu. Całe środowisko buja się na klipach w przydużych spodniach albo przypałowych ciuchach od dresiarskich firm? On śmiga w mokasynach i marynarkach. Reszta sądzi, że podśpiewywanie w rapie jest fuj i „weź w ogóle idź zbijaj pionę z Doniem, gościu”? Mes pokazuje, że można to robić ze smakiem (a po nim robi to już niemal każdy). Wszyscy są przekonani, że romans z popowymi artystami będzie odebrany jako komercha? Typ – a jakże – znów jest prekursorem, znów pokazuje, że taka kolaboracja nie tylko ma sens, a wręcz pozwala dotrzeć z muzyką dalej, do kolejnych odbiorców.

Napisaliśmy, że ta płyta jest tylko przystankiem i rzeczywiście – oczyma wyobraźni widzimy Mesa bujającego się już tylko wśród Korteza czy ludzi pokroju Kasi Nosowskiej, odchodzącego od rapu. Ta płyta taka jest – to jeden wielki eksperyment. W zasadzie nie znajdziemy tu klasycznego rapowego kawałka, z tłustym bitem, klasyczną nawijką (no, może poza bonusowym „Wiedzą”). Eksperyment – warto zaznaczyć – dobrze wyważony. Klasyczny, rapowy słuchacz nie powie jednak „facet, ale odleciałeś”, raczej znajdzie dla siebie kilka smakowitych kąsków. Ten randomowy także nie pokusi się o komentarz „typie, zwijaj z tym koślawym rapem do średniowiecza albo chociaż na te twoje mokotowskie bloki”. Te wszystkie podśpiewywanki, zmiany tempa, sprawdzanie granic wytrzymałości języka polskiego, czyli zabiegi znane raczej z kawałków Moniki Brodki niż Molesty – kapitalnie się tego słucha.

Mes ZACHWYCA nas publicystycznym spojrzeniem, mistrzowskim okiem do tematów. Potrafi zrobić kawałek osadzony na gangsterskim podkładzie o tym, że myśli o samochodach czy linki podrzucane przez znajomych rozpraszają go, gdy czyta książkę (majstersztyk). Jest w stanie ulepić kozacką nutę o tym, że na melanżach stale towarzyszą mu ludzie, którzy zasypują go masą teorii spiskowych i – przy okazji – działką koksu (majstersztyk 2). Dalej opowiada, jak to jest mając trzy paki na karku zacząć jeździć samochodem i kupić pierwszy smartfon (mastersztyk 3). Są też tematy nieco – hm – ważniejsze, jak apel do wszystkich ekoludków, by przekaz o walce z segregowaniem śmieci nie stawał się głośniejszy niż walka z prawdziwym złem czy fantastyczne wypunktowanie naszego pokolenia, mającego tendencję do ciągłego mówienia, zasypywania rozmówców informacjami o sobie, a nie słuchania czy zadawania pytań. Nie ma tu ani grama banalnej treści, ani linijki zgranego i przemielonego tematu.

Wyobrażamy sobie, że jeśli ktoś wydaje swoją dziesiątą płytę, musi być w jakiś sposób przewidywalny. Znasz poglądy danego artysty i wiesz, jakich treści się spodziewać. Czujesz, do jakich bitów ma ucho i spodziewasz się, że nawinie na takich, jakie do tej pory sobie upatrzył. Nie zacznie wymyślać kwadratowych jaj – przecież styl, który obrał, jest spoko, nie ma sensu po raz kolejny ryzykować czegoś, czego jeszcze nikt nie robił. Mesowi na swój sposób także nie brakuje przewidywalności. Kupując jego płytę nie masz pojęcia, czego się spodziewać. I zawsze jesteś zaskoczony. Skurwielu, znowu to zrobiłeś.

AŁA. No, uszy na pewno nie bolą.

Komentarze


Tagi: , ,



Back to Top ↑