Moda męska. Casual zalewa Polskę i… chyba całkiem w porządku

Opublikowano Grudzień 28, 2016 | przez Gofrey

Polskie osiedla nigdy nie słynęły z gustownych i eleganckich ubiorów. Od punków i skinów z ubiegłego wieku, przez blokersów, skejtów i dresiarzy aż po dzisiejszych „sebków” – były to stroje raczej śmieszne niż eleganckie. Zresztą, nawet najbogatsi z tych grup, vide choćby pruszkowscy gangsterzy, celowali w dość tandetne skóry i sikory. To chyba zaczyna powoli ulegać zmianie.

Wszystko przez jedno dość zwyczajnie (ha!) brzmiące słowo: casual.

Modnisie z Warszawy i wielu innych miast od dawna znają jego tysiąc wersji – smart casual, formal casual i inne pierdoły dla ludzi w garniturach i wypastowanych półbutach. Dziś jednak na znaczeniu zyskuje „casual” w znaczeniu wybitnie brytyjskim, czyli jednocześnie stricte kibicowskim. Casual bowiem narodził się i rozlał się po świecie właśnie poprzez trybuny piłkarskie.

Oryginalnie chodziło podobno o wtapianie się w tłum. Brytyjscy chuligani widzieli, że szelkami i glanami niemalże wypisują sobie wyroki sądowe, ściągają na siebie wzrok kamer i oczywiście uwagę policjantów. Co innego w eleganckich polówkach, płaszczach Burberry, z kraciastymi szalikami w miejsce barw klubowych. 30 sekund po wybiciu szyby w barze jesteś w tłumie ludzi ubranych jak ty, wyglądających bardziej jak student Cambridge na weekendowej partyjce krykieta, niż agresywny zabijaka z ulicy.

Kamuflaż to pierwsza sprawa, druga – styl. Angielscy chuligani najeżdżający włoskie czy holenderskie miasta podczas występów ich drużyn w pucharach trudnili się nie tylko zdzieraniem gardeł i skór z przeciwników, ale i utargu z luksusowych sklepów. Ze wspomnień tamtejszych przestępców, choćby w książce Cassa Pennanta i Andy’ego Nichollsa, wynika że traktowano je wręcz zarobkowo. Z wypraw zwożono tonami kurtki Stone Island czy Sergio Tacchini.

– Wyprawy do Europy z zasady nie polegały na zakupach, lecz kradzieżach. Angielscy kibice, opowiadając o tych czasach, zwracają uwagę na lenistwo i swobodne podejście ochrony do swoich obowiązków w europejskich sklepach, co pozwoliło im łatwo zdobyć drogie łupy. Takim wypadom swoją nazwę zawdzięczała jedna z ekip kojarzona z drużyną Manchester United – Inter City Jibbers (można to przetłumaczyć jako międzymiastowi złodzieje, jednak słowo jibber oznacza osobę, która poza kradzieżami w sklepach nie płaci również za usługi np. ucieka z taksówki bez zapłaty lub wchodzi na mecz bez biletu). Ich hasłem sztandarowym było To pay is to fail (Zapłacić to przegrać) – piszą eksperci ze strony pfcasuals.pl.

Wszystko przez lata rozrosło się do niewyobrażalnych rozmiarów – dziś część brytyjskich kibiców dzień rozpoczęcia wyprzedaży w sklepach z kultowymi markami traktuje równie poważnie jak datę meczu ich zespołu. Niebywale wysokie ceny nikogo nie odstraszają – a za kurtkę z goglami czy płaszcz z legendarną „patką” Stone Island płaci się niekiedy tyle co za porządne wakacje w ciepłych krajach. Powstają nowe firmy, stare poszerzają ofertę, większość jest zresztą świadoma wad i zalet klienteli puszczając mniej lub bardziej zakamuflowane „oczko” do nabywców-bywalców trybun. Efektem przemyślanej polityki firm i potężnego rozwoju całej kultury jest choćby moskiewski szał na angielski styl ubierania. Marki jak Weekend Offender, Peaceful Hooligan czy CP Company stały się popularniejsze niż koszulki aktualnie występującej drużyny. Popularność filmów jak „Hooligans” czy „Football Factory” tylko napędziła trendy i poszerzyła zasięg kultury casuals.


Football Factory, filmowi angielscy chuligani, 2004

Okolofutbola, filmowi rosyjscy chuligani, 2013

Kwestią czasu było dotarcie tych trendów do Polski. Choć wciąż na stadionie o wiele łatwiej dostrzec dresy i bluzy Pitbulla, coraz więcej osób stawia na eleganckie i drogie marki popularne w Anglii czy Rosji. Kiedyś jedynie internetowa sprzedaż z wysyłką z Anglii, dziś już dwa stacjonarne sklepy w samej Warszawie specjalizujące się tylko w sprzedaży ubrań spod szyldu „casuals”. Kiedyś krzywe spojrzenia na krokodyla w miejsce klubowego herbu na polówkach, dziś obecność legendarnych kurtek z goglami nawet na kibicowskich oprawach.

Ceny oczywiście są szalone. W stacjonarnych sklepach w Warszawie można kupić kurtki CP Company za około 2 tysiące złotych, sweterki Stone Island to połowa tej ceny. Jest jednak i casual bardziej dostosowany do polskich portfeli – Weekend Offender czy Henri Lloyd – i to właśnie te ostatnie najczęściej można wypatrzyć na osiedlach czy stadionach.

Jakkolwiek oceniać ludzi, którzy zabierają kurtkę wartą tyle co używany samochód na piwo na ławce albo przypalają sobie szalik za 300 złotych odpaloną racą – fajnie, że na osiedlach kreszowe dresy, skóry i luźne bawełniane spodnie zastąpiło coś nieco bardziej stylowego.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑