Dopadło mnie coś prawie tak strasznego, jak łysienie plackowate lub permanentna opryszczka

Opublikowano Wrzesień 22, 2013 | przez ZP

spiewak

Jest 5.30 rano. Za kwadrans wychodzę do pracy, do radia, a na razie stoję pod prysznicem. Nagle słyszę głośne stukanie w rury. – Czego sąsiad ode mnie chce? – myślę. Po chwili już wiem: ma ochotę, żebym się zamknął. Auć, znowu to zrobiłem – nieświadomie podśpiewywałem.

W kompie po cichu leciał kawałek „Mirrors” Justina Timberlake’a. Oczywiście podczas mycia włosów musiałem się poczuć gwiazdą amerykańskiej muzyki, co przejawiało się w dziwnych ruchach, grożących skręceniem karku, i w moim wyciu. Śpiewaniem tego nie nazwę, nie mam w tym kierunku żadnego talentu. Gdybym jeszcze nieźle łapał nutę, dałoby się ze mną wytrzymać. A tak, niestety, jestem muzycznym przekleństwem dla wszystkich wokół.

5.45, taksówka. Na nieszczęście w radiu odtwarzają „Roxanne” Stinga. Zapominam o bożym świecie i błyskawicznie wjeżdżam na wysokie wokalne tony. Taksówkarz mocno ściska kierownicę. Taktownie milczy, ale w oczach widzę strach. Może boi się, że zaraz zaciukam go nożyczkami? Zważywszy na to, jakie miny robię podczas „śpiewania”, ma prawo dojść do takiej konkluzji.

7.30, praca. Ktoś rzuca we mnie zszywaczem. Boli, ale umówmy się – zasłużyłem. Gdy pisałem wiadomości, zarzuciłem na słuchawki Paktofonikę, a chwilę potem poinformowałem całą redakcję, że „Jestem bogiem”.

13.00, lunch. Pani, która podchodzi odebrać ode mnie zamówienie, dowiaduje się, że „z dziewczynami nigdy nie wie, oj nie wie się…”. Uśmiecha się figlarnie, widocznie nie jest przyzwyczajona, że klienci dają jej recitale. Mi tymczasem płoną policzki, a w duchu przeklinam radio, że akurat teraz musiało zagrać Połomskiego.

17.00, dom. Zapraszam dziewczynę na dobrą sałatkę. Wiem, że może być kiepsko, bo kiedy ogarniam brudną do zajebania kuchnię, jeszcze przed jej przyjściem, wyję sam do siebie „Kiedy powiem sobie dość” ONA. – Zamknij się baranie, kontroluj swoje odruchy – karcę się w myślach.

Nie pomaga.

Gdy tylko otwieram lasce drzwi i widzę jak ładnie wygląda, z ust mimowolnie dobywa się ten oto słodki tekst: „Chciałbym umrzeć z miłości…” Niewątpliwie Artur Rojek umarłby ze śmiechu gdyby usłyszał, co zrobiłem z jego utworem.

21.00, biegam. Bez muzy na uszach. Liczę, że to powstrzyma mnie przed nuceniem. Jak zapewne się domyślacie, dupa blada. Łapię się na tym, że na wysokości Łazienek przypominam sobie, jak kiedyś pędziłem tą drogą słuchając Eldo. Od tego wspomnienia do poinformowania spacerowiczów, żeby „nie pytali mnie o nią, bo znam ją doskonale” mija zaledwie kilka sekund.

24.00, łóżko. Kolejny dzień i kolejny prywatny „X Factor” za mną. Jasne – są na tym świecie rzeczy (Sojka!) gorsze niż nieświadome podśpiewywanie. Mógłbym mieć permanentną opryszczkę, łysienie plackowate albo masakrycznie się pocić.

Żadna z tych dolegliwości mnie nie dotknęła i jestem za to wdzięczny Najwyższemu. Jednocześnie zastanawiam się, kiedy i czy w ogóle minie mi ta wokalna choroba. Oby do tego doszło, inaczej w końcu jakaś laska „zabije mnie, ona to zrobi, zabije mnie, to nic nie boli, jeśli chce święty spokój, zabije mnie, zamknę oczy” (najgorsze, że pisząc ten tekst zespołu Varius Manx znowu go „śpiewałem”, brrr).

Komentarze


Tagi: , ,



Back to Top ↑