Kot nagle nie zacznie kibicować Polonii, nie zacznie słuchać disco polo. Jest wygodniejszy niż dziecko

Opublikowano Styczeń 7, 2014 | przez Tindowiec

pablo

Pablopavo to rozmówca samograj. Włączasz dyktafon, zadajesz odpowiednie pytanie i słuchasz. Zabiera cię na wycieczkę przez XVIII-wieczną Warszawę, mikroklimat warszawskich knajp, czerniakowskich slumsów. Opowie o… norweskich aresztach i świecie kotów. Pablopavo i Ludziki szykują się do pokazania światu swojego najnowszego dziecka – „Polor” trafi do słuchaczy 25 stycznia. Poznajcie lepiej członka Vavamuffin, którego Marcin Świetlicki namaścił na nowego wokalistę „Świetlików”.

Co to polor?

Z tego co wiem są dwa znaczenia tego słowa. Jedno: ktoś może mieć polor. Ogłada, dobre wychowanie, kindersztuba. Ale jest też takie techniczne określenie, rodzaj lakierowania. Coś jak na wysoki połysk, tylko kiedyś robiło się na polor.

Dzisiejsi mężczyźni mają polor?

Zdarza się. Dzisiaj przed rozmową czytałem wywiad z Grzegorzem Dyduchem, to jest basista Świetlików. A przy okazji patomorfolog. Bardzo poważny pan. Znany krakowski lekarz. I tak sobie pomyślałem, że pan Grzegorz, nawet pan Grześ bo jesteśmy na „ty”, ma ten polor. W wysławianiu się, w podejściu kobiet. Ale to nie sztuczna bufonada i gra na pokaz. Polor podparty ogromną inteligencją. Zdarza się, że ktoś nauczył się pięćdziesięciu obcych słów, całuje wszystkich po rękach i wydaje mu się, że jest szarmancki i dobrze wychowany. To nie tylko na tym polega.

Czyli co, z polorem trzeba się urodzić?

Albo trzeba być dobrze wychowanym. Na polorowo.

Wyobraź sobie, że możesz cofnąć się w czasie do Warszawy lat 50-tych, 60-tych. A zresztą sam wybierz sobie okres. Gdzie byś wrócił, co byś robił?

Najchętniej to bym chyba chciał wrócić do końca…XIX wieku. Warszawa wtedy się niesamowicie rozwijała. Z niedużej mieściny stawała się metropolią. Industrializacja spowodowała napływ ludzi. Wtedy wykluwała się ta warszawska gwara, którą dzisiaj uznajemy za gwarę. Kiedyś było z tym różnie, bo inaczej mówiło się na Starym Mieście, a inaczej na Czerniakowie. Jestem fanem „Lalki” Prusa, to też ten okres. Wiesz, pierwsi wielcy biznesmeni jakbyśmy dzisiaj powiedzieli. Z drugiej strony ogromna bieda. Z trzeciej strony pełno knajpek ulicznych, przedstawień. Co bym zrobił, gdybym miał jeden dzień w tamtych czasach? Nie wiem gdzie by mnie wpuścili, wtedy szyk był ważny. Pojechałbym do tych dzielnic nędzy, załóżmy, że mam immunitet, jestem swój i nikt mnie nie zaciuka. Powiśle, posłuchać orkiestr, jak ludzie gadają. Pospacerowałbym i zobaczył wszystko to, czego już dzisiaj nie ma przez 39 i 44 rok. Fajnie by było przekonać się czy Warszawa zaiste była Paryżem wschodu. Podobno Śródmieście było pięknie, ale czytałem, że Starówka przed wojną była strasznie zaniedbana. Wróciłbym też do międzywojnia. Poszedł na jeden z kabarecików, których było pełno, posłuchał Dymszy czy „Lopka” Krukowskiego.

pablo2

Ty jesteś trochę wyjęty z innych czasów, prawda? Ogłada, słownictwo, styl bycia. Nie wolałbyś urodzić się np. w latach 50-tych, grać po bramach, pić wódkę z Grzesiukiem i szlajać się po barach z Konwickim?

Z jednej strony tak, to jest coś co mnie strasznie interesuje. Z drugiej strony przeszłość jest zawsze wspaniała w opowieściach. W 60-tych latach Warszawa wyglądała pewnie bardziej elegancko niż dzisiaj, mimo że była zniszczona. Ale, kurczę, ciężko się żyło ludziom. I nie mówię o tym, że nie było wielu zdobyczy technologicznych, które mamy dzisiaj. Ludzie kilkanaście lat po wojnie nie mieli czasem nawet ciepłej wody. Ludzie jarają się Grzesiukiem, Czerniakowem. Trzeba jednak sobie powiedzieć, że to były slumsy. I to konkretne. Wychodek na podwórku, walące się mury.

Tam życie miało coś z walki o przetrwanie.

I z jednej strony to jest piękne, z drugiej trzeba popatrzeć szerzej. Ja oczywiście kocham tamtą kulturę, lubię o niej poczytać, wgłębiam się w te tematy. O tej kulturze wyższej, pisarzach, muzykach. Ale interesują mnie też obrzeża. Czerniaków, Grochów. Kultura podwórkowa, często zahaczająca o kulturę więzienną. To mnie jara. Ale żeby ktoś nie wziął za ziomala-prawilniaka. Wychowałem się na podwórku, ale jakoś udało mi się nie zejść na ciemną stronę mocy. A przynajmniej nigdy mnie nie złapali.

Nigdy? Nie wierzę.

No dobra, raz. Siedziałem w więzieniu. W Norwegii. Ale krótko.

W Norwegii?

Byłem młody, miałem 20 lat. Pojechaliśmy do roboty z kumplami. Mieliśmy być…drwalami. Kurde, bardzo dobre pieniądze dawali. Daleko na północ, w Haugesund. Ale nic złego nie zrobiliśmy. Nikogo nie pobiliśmy, z siekierą też nie lataliśmy. 24 godziny i deportacja na koszt Królowej. Skazano nas na grzywnę, która wynosiła równowartość tego co mieliśmy w portfelu. Bardzo mądrze, żebyśmy czegoś dalej nie kombinowali. W samolot, przez Kopenhagę, i do Warszawy. Na Okęciu posiedzieliśmy jeszcze 10 godzin. Polska policja, jak to policja, straszyła nas jakimiś głupotami, że kolega poderwał córkę jakiegoś komendanta, jakieś bzdury. Dzisiaj opowiadam to jako świetną anegdotę, ale kiedyś nie było mi do śmiechu. Szczególnie, że wróciłem z Norwegii po 2 dniach pobytu z eskortą policji, a mieszkałem z rodzicami.

Kim ty chciałeś zostać za dzieciaka? Bo tak szperałem i mam trzy strzały: Uwe Amplerem, hippisem albo nowym Andrzejem Grubbą.

O, z tego zestawu to zdecydowanie Andrzejem Grubbą. Trenowałem tenis stołowy w Pałacu Młodzieży. No i w pewnym momencie dawałem już ostro, pięć dni w tygodniu treningi, tak od dziewiątego do czternastego roku życia. Miałem do tego jakieś predyspozycje. Bez treningu, wcześniej, wygrywałem wszystkie kolonijne turnieje. Rodzice postanowili mnie zapisać. Tylko, że trochę się przeliczyliśmy, bo z tenisem jest ciężko. Tzn. jak się człowiek nauczy złych nawyków za małolata, to ciężko je potem wyplenić. A to trudna dyscyplina. Szczególnie psychicznie. Ja to strasznie znosiłem. Kiedyś grałem w ważnym turnieju. Turniej Sztandaru Młodych, taka gazeta. Przegrałem mecz, którego nie powinienem przegrać. Gościu nie był lepszy ode mnie, a we mnie coś siadło. Nie wytrzymałem i rzuciłem rakietką w swoją trenerkę. Pamiętam, że się strasznie poryczałem, ważna porażka. Tato nie był zadowolony, oczywiście z rzutu rakietką, a nie przegranej. Ale z tenisa mam miłe wspomnienia. Pamiętam, że po wygranym punkcie, nauczyliśmy się krzyczeć chińskie słowa. Wyobraź sobie, 10-latkowie, środek Europy, a my po wygranej piłce krzyczymy „Chooo!” albo „Saaa!”. Jaja jakieś.

tenisstolowy

Nikt cię jednak nie kojarzy z tenisem stołowym, tylko z piłką nożną. To prawda, że w 1987 roku grałeś na Stadionie Dziesięciolecia?

Niestety, nieprawda. Chodzi o finał Złotej Piłki, czyli słynnego warszawskiego turnieju. Kiedy doszliśmy do finału, akurat przestano rozgrywać decydujący mecz na głównej płycie stadionu. Ale regularnie z ekipą ze Stegien graliśmy w tym turnieju. Różnie się nazywaliśmy. Najpierw „Victoria”, a potem „Fortuna”. Chyba się inspirowaliśmy niemieckimi drużynami, ojciec kumpla robił w Reichu, chyba w okolicach Dusseldorfu, przywoził koszulki no i strasznie tym byliśmy zajarani. Wracając do turnieju – był trochę śmieszny. Dzikie drużyny, amatorzy, ale później okazało się, że pod zmienionymi nazwami grali goście z Ursusa czy innych klubów. Ale dawaliśmy radę. Była paka. Po turniejach wyciągali chłopaków do różnych drużyn. Był taki trener, mówili na niego Jeny, ale nie wiem jak się nazywał. Trenował w Agrykoli. Przychodził do moich rodziców, namawiał, żeby wysłali mnie na treningi, ale oni nie chcieli się zgodzić. Chyba rozkminili to tak, że byłem za drobny. Bali się o mnie. Kiedy patrzyłem na kolegów, którzy w wieku 16 lat mieli rozorane kolana, to pomyślałem, iż może dobrze, że tak wyszło.

Ostatnio widziałem fajną kompilację przedmiotów, która kojarzy się z latami 90-tymi, czyli moim dzieciństwem. Eurobiznes, tamagotchi, yoyo. Co Tobie się kojarzy się z dzieciństwem?

Eurobiznesu nie było, ale była „Fortuna”. Działa się w przedwojennej Warszawie. Można było kupić hotele – Savoy, Bristol, Europejski. To pamiętam. Kapsle! To było coś. Nie było innych rozrywek, więc grało się w Wyścig Pokoju, ale w piłkę też kapslami graliśmy. Kuleczką od piłkarzyków sprężynowych. Nawet z kolegą zrobiliśmy skoki narciarskie, z wersalki. Chodziliśmy z centymetrem i mierzyliśmy długości. Sport to była wtedy największa zajawka. Po igrzyskach w Seulu wszyscy nauczyli się zasad judo i zapasów. I jak były solówki na osiedlu, to często działo się tak, że ktoś rzucał – dobra, ale solówa na zapasy. Był sędzia i uczciwe przepychanko.

A jakieś przedmioty z zagranicy?

Rękawice Reuscha to był skarb. Oryginalne, prosto z Niemiec. Był kolejka na osiedlu, żeby je podotykać. Mój tata skombinował też, nie wiem skąd, piłkę, która nazywała się Azteca, z Mexico 86. Ona była z autografami, chyba Włodka Smolarka. Ale nie została na szafce jako pamiątka, wziąłem ją na osiedle i graliśmy. A to mi dawało duże fory. Miałem 8 lat, więc starsi kolesie chcieli grać z gościem, który ma taką fajną piłkę.

Twoje pokolenie przede wszystkim wychowało się bez internetu, co wyzwalało zupełnie inne przeżycia.

Ja na początku w ogóle byłem wrogiem komputerów. Miałem jakiegoś Commodorka. Potem wszedł internet i wszystkim mówiłem „to bez sensu, to zabiera człowieczeństwo, to nic nie daje”. Dzisiaj się z tym oczywiście nie zgadzam, bo internet daje bardzo dużo, ale trochę racji miałem. Przez całe moje życie na Stegnach było wielkie boisko. Obecnie robi się z niego plac zabaw. Po prostu nie ma chętnych. Kiedyś była kolejka do tego boiska, było jeszcze drugie szkolne i trzecie takie dzikie. My najczęściej graliśmy gdzieś pomiędzy drzewami bo wszystkie były zajęte. Dzisiaj gramy czasem z kumplami na Batorego. Ganiamy jak głupki w deszczu, a jak jest ładna pogoda to stoi tam jeden dzieciak. Przyjdzie sobie pokopać sam ze sobą. Reszta siedzi po domach. Smutne. Wszyscy za to zapłacimy za jakiś czas.

Ty wychowałeś się na Stegnach, z ekipą bujałeś się po Sadybie, potem mieszkałeś na Grochowie. Trochę cię los rzuca po stolicy.

Na Stegnach się urodziłem. Sadyba to załoga. Pierwsi kumple, którzy robili jakieś fajne muzyczne rzeczy. Pierwsze dziewczyny. Tam poznałem ludzi, z którymi mogłem już zakładać jakieś zespoły.

Ale gdzie ich poznałeś?

Różnie. Jednego na imprezie, drugiego w harcerzach.

Miałeś krzyż harcerski?

Pewnie, prowadziłem nawet drużynę zuchów. Ale rzuciłem to dość szybko. A wracając do ekipy, wszyscy robili jakieś artystyczne rzeczy – jeden zdjęcia, drugi muzykę. Zrobiliśmy sobie klub w piwnicy, babcia kolegi się zgodziła. Robiliśmy tam różne rzeczy, i grzeczne, i niegrzeczne. Strasznie dużo się wtedy nauczyłem. Większość z nich była starsza ode mnie, więc podrzucali młodszemu koledze książki, płyty, pokazywali jak się gra na gicie. A na Grochów wyprowadziłem się bo stwierdziliśmy z rodzicami, że czas zacząć mieszkać samemu. Spędziłem tam 15 lat. Bardzo dobrze mi to zrobiło, musiałem się usamodzielnić. W dzisiejszych czasach często produkuje się takich facetów, którzy mieszkają z mamusią do 40-tki. A zresztą fajnie dojść do momentu, że to ty możesz kupić coś starym, a nie oni tobie. To takie polorowe.

Wkurza Cię dzisiejsza Warszawa?

Wkurza to chyba złe słowo, bo mnie kilka rzeczy po prostu wkurwia. Np. stosunek władz Warszawy do zabytków. Z wiadomych powodów nie ma tutaj za wiele bardzo starych rzeczy. Każda strata takiego zabytku jest stratą totalną. Mam wrażenie, że w tym mieście rządzą deweloperzy.

Czyli plan założenia Terrorystycznej Szajki Do Walki Z Deweloperami wciąż jest w twojej głowie?

Zdecydowanie. Co chwilę przypadkowo płoną stare domy, stare kamienice. Nagle tam staje wieżowiec. Przypadkowo. Wkurwia mnie też brzydota. Ale nie taka brzydota, że gdzieś jest brudno, na chodniku leżą śmieci. Idziesz Nowym Światem, a tutaj wali ci w oczy różowy, świecący, okropny szyld. W innych miastach Europy, tam gdzie byłem, jakoś sobie z tym radzą. Może oprócz Bukaresztu. Ale mamy równać do Bukaresztu czy do zachodnich metropolii? Zresztą, co ja mówię o innych krajach, w Krakowie jakoś mogli sobie z tym dać radę. Żeby nie było, że wszystko mnie wkurza, strasznie się cieszę, jestem dumny wręcz, że w Warszawie powstaje mnóstwo inicjatyw oddolnych. Niezależnie od władz miasta, ludzie zakładają knajpy, kluby, teatry. Przeróżni ludzie, przeróżne klimaty. Łączy ich jednak jakaś chęć działania, obudzenia czegoś w Warszawie.

A trzeba mieć do tego cierpliwość, wiem ile zajmuje uzyskanie wszystkich pozwoleń do założenia nawet najmniejszej knajpki.

Ja bym nie miał cierpliwości chyba, ale dobrze, że ludziom chce się walczyć o swoje. Jak byłem nastolatkiem, miałem 19 lat, to nie pamiętam za wiele fajnych knajp.

Gdzie wtedy chodziłeś?

My ze znajomymi chodziliśmy do „Blues Baru”, obok Placu na Rozdrożu. U nas na Stegnach to za bardzo nic nie było. Najbliżej była…czekaj, jak to się nazywało… „Zagroda”. Ale tam nie było fajnie, chodziło się bo po prostu nic innego nie było. A dzisiaj? Spokojnie można wymienić 30 knajp do których idziesz z przyjemnością.

To dzisiaj gdzie chodzisz? Często widywałem cię w „Amatorskiej”, znowu dowód na to, że ciągnie cię do starych czasów.

Jak studiowałem, to w „Amatorskiej” często się bywało, to prawda. Trochę mi to zostało. Jeszcze bardziej się zakochałem w tej knajpie ostatnio. Podszedłem do baru – 50-tkę wódki poproszę – mówię, na co koleś stojący obok odpowiad:a– Teraz są 40-tki, dyrektywy unijne. Barmanka szybko zgasiła klienta: – Pan zamówił 50-tkę i dostanie 50-tkę. No i jak tu nie kochać takiego miejsca? Świetlicki jak przyjeżdża do Warszawy to chodzi tylko do „Amatorskiej”, bo tą knajpę zna i pamięta ją pewnie od dawna. Jeszcze polecam „Astorię”. Wspaniałe dancingi tam są, ale to już grubsza historia. Kurczę, dużo jest fajnych miejsc gdzie można sobie posiedzieć. Mniej lub bardziej hipsterskich, bo zauważyłem, że to słowo klucz dzisiaj.

Śpiewasz w „Dancingowej Piosence Miłosnej”, że nie umiesz śpiewać jak Gregory Isaacs czy Johnny Cash. Czego jeszcze nie umiesz, a chciałbyś potrafić?

Na pewno chciałbym umieć grać na gitarze. Dobrze.

Jak kto?

Jak Marc Ribot. Albo „Kazan” z mojego zespołu. Jak patrzę czasami co on robi z tym instrumentem…no szacun.

Ale nie chciałbyś grać jak Joe Satriani.

Nie, wyścigi mnie nigdy nie interesowały. Dostrzegam oczywiście kunszt, ale dla mnie ważniejsze są emocje. Sprawdź sobie Ribota. Mega muzyk. W różnych projektach brał udział, gra i post-rock, i jazzowe rzeczy. Umie wszystko. Miał też band, który grał bossanovę. Polecam.

Co byś jeszcze chciał umieć?

Chciałbym grać na mózgu w Legii Warszawa.

Jak?

Jak Leszek Pisz! Jak Kaziu Deyna! Nawet jak Darek Czykier. To był kawał piłkarza. Niestety był pijakiem, ale umiał grać.

W tamtych czasach w Legii to chyba nie było słabego piłkarza. Nawet ci najgorsi dzisiaj byliby kozakami.

To prawda, ostatnio odświeżam sobie stare mecze, z lat 80-tych, 90-tych. Kurdę, nie pamiętałem np. że Darek Wdowczyk był tak dobrze wyszkolony technicznie. Nie wiem czy jakiś obrońca w naszej lidze dzisiaj tak operuje piłką.

Kuba Wawrzyniak…

Wyczuwam ironię. Ja akurat jestem w tej grupie kibiców, którzy go bronią. Ja go bardzo lubię jako człowieka. Inteligentny, potrafi się wypowiedzieć. Wiadomo, że nie będzie nigdy Piszczkiem czy Roberto Carlosem, ale osiągnął i tak dużo. Te historie, które opowiadał, jak w jednej drużynie jedli pierogi mrożone na spółkę bo nie było kasy. Imponuje mi to. Przeszedł trochę, pewnie jest zadowolony z tego co osiągnął. Lubię też u niego to, że ma dystans. On sam mówi, że jest zastępcą tego nieistniejącego lewego obrońcy w kadrze. Także ja „Rumianego” bardzo lubię. Jeżeli to będzie czytał to serdecznie pozdrawiam.

pablo3

To nawiązując do wcześniejszego pytania: chciałbyś być jak Kuba Wawrzyniak?

Raz w życiu zapraszałem na mecz Legii, nagrali mnie na murawie stadionu. Ze dwa lata temu. Jak się stoi tam…patrzy na ten stadion… nawet na lewej obronie mógłbym zagrać! Ba, mógłbym nawet na bramce stanąć, chociaż nigdy tego nie umiałem. Wszystko bym zrobił, żeby zagrać w Legii. A ty byś nie chciał zagrać w Siarce?

Oczywiście, że tak.

Sam wiesz, że jak za dzieciaka zakochałeś się w jakiejś drużynie, to jest to najczęściej miłość do końca życia. Chociaż różnie bywa. Ja uważam się za Madritistę, czyli kibica Realu. Zacząłem im kibicować jeszcze za czasów Butragueno, Sancheza. Pięknie grali. Ale dzisiaj mam takie straszne myśli, których bym po sobie się nie spodziewał. Chciałbym, żeby mistrzem zostało… Atletico. Raz, że mam dość, jak większość, walki Realu z Barcą. A dwa, że to wspaniała ekipa. Zawodnicy, Diego Simeone na ławce. O Polonii raczej bym tak nie pomyślał.

Ale ty jeśli chodzi o animozje klubowe to jesteś chyba ponad tym? Bardziej Warszawiak niż nienawistny kibic?

Legia jest najważniejsza, natomiast nie noszę koszulek obrażających Polonii. Mam wśród swoich dobrych kolegów kibiców z Konwiktorskiej. Trochę by było głupio, gdybym nagle w trakcie rozmowy wstał i przywalił mu z bańki. Głupota. Ja się nie cieszę, że nie ma Polonii w Ekstraklasie, bo nie ma derbów. Polonia jest zasłużona dla polskiej piłki, historycznie, wychowała wielu zawodników. Większy problem miałbym z Gwardią.

Zostawmy piłkę, jeszcze wróćmy do twoich ułomności. Co być jeszcze chciał umieć?

Jest jedna taka rzecz. Trochę wstydliwa. Chciałbym mieć większe zdolności techniczno-manualne.

Ale co, malowanie, rysowanie?

Nie, bardziej składanie szafy, albo wwiercenie gwoździa. Moja żona ma wielką smykałkę do tego…

Wyczytałem, że nigdy nie cieszyła się tak bardzo, jak po tym gdy kupiła wiertarkę.

Dokładnie. Ona to lubi i umie. Wychodzi na to, że się dobraliśmy bo ja nie umiem, ani nie lubię. Ale czasami mi jest głupio. Wiadomo, że noszę ciężkie rzeczy, jak mężczyzna. Ale chciałbym też umieć posługiwać się tą cholerną wiertarką, czuję jednak , że bym sobie zrobił dziurę w łapie. Chociaż teraz przypomniałem sobie, że w liceum pomagałem kumplowi jak robił remont. Ale jako bardzo niewykwalifikowana siła robocza.

Dobrze, że wspomniałeś o liceum. XLIV Liceum Ogólnokształcące im. Antoniego Dobiszewskiego w Warszawie, byłeś tam ostatnio jako słynny absolwent. Wrzuciłeś potem na facebooka posta, cytuję „Tyś mnie za fajki za rogiem ścigała, a ja się okazałem znanym człowiekiem”. Kusiło, żeby powiedzieć?

Kusiło, ale tylko trochę.

Mnie by bardziej kusiło, gdyby chciano mnie dwa razy relegować.

Dokładnie dwa, w tym raz za piłkę. Graliśmy mistrzostwa szkoły, a kiedyś to był najważniejszy turniej, prestiżówka. No i wylądowaliśmy w półfinale. Betonowe boisko, pół szkoły wokół, emocje. Dostałem długą piłę na zapalenie płuc. Doszedłbym, zgarnąłbym ją jeszcze w boisku. A koleś, który stał za linią, kopnął ją z uśmieszkiem. Nie zahamowałem i walnąłem w niego z całym impetem. Nawet nie chciałem zahamować. Nie uderzyłem go, ale tak wleciałem, że walnął głową o beton. No i zrobiła się grubsza afera. Ostatecznie nic mu się nie stało, ale pan Tomczak, nasz wuefista, musiał zareagować. Pan Kazimierz, fajny facet. Trafiłem do dyrekcji, miałem wcześniej jakieś inne zajścia w szkole i zrobiło się gorąco. I znów, fajnie się to wspomina, ale wtedy rodzice nie byli zachwyceni.

Od chuligana do poważanego artysty. Zauważyłem, że często w wywiadach dostajesz absurdalne pytania, ludzie oczekują chyba, że znasz się na wszystkim. Przykład z jednego z wywiadów – „Cieszą Cię wieści o coraz mniejszej stabilności Unii Europejskiej?” To łechta twoją próżność, czy bardziej denerwuje.

Od pewnego czasu staram się ukrócać takie rozmowy. Mogę porozmawiać o muzyce, o sobie i sporcie. Ale co ja mogę powiedzieć o Unii Europejskiej? Niech pogadają z jakimś politologiem, politykiem czy doktorem. Odmawiam ostatnio odpowiedzi na takie pytania. Nie chcę też brać udziału w dyskusjach, które z góry mają ustaloną tezę. Zaproszono mnie np. do programu w pewnej telewizji, w którym przedmiotem dyskusji był patriotyzm. Ale po co miałem tam iść, skoro z góry wiadomo jak ta dyskusja się potoczy. Jeszcze wiem co oni by chcieli, żebym powiedział. Kiedyś też nagrano moją wypowiedź odnośnie Starucha. Powiedziałem, co o całej sprawie myślę. Niestety, nie wyemitowano jej.

Czas porozmawiać o muzyce. Kiedyś powiedziałeś, że „zawsze chcę napisać piosenkę o blondynkach z Saint-Tropez, a wychodzi mi song o cinkciarzach z Kamionka”. O czym usłyszymy na „Polorze”.

Ciągle cinkciarze, chociaż udało mi się skrobnąć parę piosenek, które mogą się dziać w innym mieście, bez podmiotu warszawskiego. Stwierdziłem, że może to być już nudne, że ciągle celuje w warszawskie adresy. Ale połowa i tak jest o Warszawie. Co ja zrobię, urodziłem się tutaj, mieszkam, żyję i siłą rzeczy o tym piszę. Jest trochę historii złodziejskich.

Wyczytałem, że na płycie ma znaleźć się… hymn Szwajcarii. O co chodzi?

O muzykę. Nasz akordeonista i skrzypek przynieśli temat, chłopaki zaczęli do tego dorabiać muzykę. No i to jest takie (Pablopavo zaczyna nucić). Mówię do nich: – Chłopaki, kurwa ,to brzmi jak hymn jakiś. Nie nagrywajmy takich numerów. Ale zaczęliśmy to przerabiać. Nagle okazało się, że Szwajcaria ogłosiła konkurs na swój hymn. Stwierdziłem, żeby nie wrzucać tego na płytę, tylko w końcu zarobić jakieś poważne pieniądze. Ale okazało się, że nagrodą jest jakieś… 800 euro. Niepoważni ci Szwajcarzy. Potem dodatkowo zorientowaliśmy się, że to był konkurs na tekst. Kawałek wszedł więc na płytę. Nazywa się inaczej, ale ma podtytuł „Hymn Szwajcarii”. Numer ostatecznie zrobił się zwiewniejszy, ale wierzę głęboko, że oddziały górali szwajcarskich mogłyby pod to pomaszerować.

Jak zacząłeś nucić fragment, skojarzyło mi się to trochę z „Dancingową Piosenką Miłosną”. Będzie bardzo oldschoolowo?

„Dancingowa” troszkę oszukuje. Jest parę takich numerów, ale jest też kilka absolutnie nowoczesnych songów. Jest trochę hip-hopu, takie piosenki mi wyszły jakoś. Jest kilka kawałków, których nawet nie potrafię określić, wsadzić w jakieś ramy. Nie ma reggae, to może być zaskoczenie.

 

Pytanie z offu od właściciela baru „Ulubiona”, w którym rozmawiamy: – A będą „Koty”?

Tak.

„Koty” to był taki singiel na przypomnienie, prawda?

Zdecydowanie, tak trzeba w dzisiejszych czasach robić. W Wielkiej Brytanii jest wiele zespołów, które nie wydają już płyt, dadzą w roku 3-4 kawałki, jakieś EP-ki. Sprzedaż płyt jest nikła. Chodzi o to, żeby ludzie wciąż się tobą interesowali, pamiętali, chodzili na koncerty. Ja z kolei lubię albumy. Lubię zrobić zamkniętą rzecz, poukładać numery w takiej kolejności jakiej chce. Jak piszę piosenki, tak jak w przypadku „Poloru”, staram się, żeby one wszystkie ze sobą korespondowały, miały jakiś wspólny mianownik. Wydaje mi się, że to wyszło, ale ludzie ocenią to najlepiej.

Który numer z „Poloru” będzie hitem?

Nie umiem tego ocenić, nigdy nie umiałem, to jest przerażające dla mnie. Np. „Do Stu”, który potem okazał się najbardziej znanym kawałkiem z „Telehonu” chciałem…wyrzucić z płyty. To był chyba ostatni numer jaki zrobiliśmy, miał być inny, przerobiliśmy go. I bach, ludzie znają, śpiewają na koncertach. Piosenka wydawała mi się trochę za studencka, a stała się hitem. Teraz, z kim nie gram, czy to Zjednoczenie Soundsystem, Vavamuffin czy Ludziki, zawsze ktoś nieśmiało podejdzie na koncercie i poprosi o „Do Stu”. Na swoją obronę, że nie poznałem się na hicie: chciałem ją wyrzucić z albumu bo to bardzo osobisty i miłosny kawałek.

 

Tak jak „Dancingowa”. Na razie na dwa single, oba są piosenkami miłosnymi, bo przecież „Koty” to też wyznanie płomiennego uczucia.

Od „Do Stu”minęło już pięć lat, może dojrzałem? Trudno się otworzyć tak obcemu człowiekowi, będzie tego przecież słuchać trochę osób. Na „Polorze” będzie jeszcze kilka piosenek o zabarwieniu miłosnym. Po prostu jestem zakochany i szczęśliwy

Mimo tego, że się ożeniłeś!

Więcej, jestem jeszcze szczęśliwszy, niż przed ślubem! „Polor” będzie więc miłosny, ale z drugiej strony to będzie cholernie smutna płyta. Dużo jest takich historii, które nie kończą się happy-endem. Może wynika to z tego, że wychowałem się na warszawskich, złodziejskich piosenkach. A one się nie kończyły dobrze, ten dostał kosę, tamta umarła.

Wrócę jeszcze do „Kotów”. Rozmawiasz czasem ze swoim kotem?

To jest mój najczęstszy rozmówca. Koty są fajnymi zwierzętami, bo z nimi to nigdy nie wiadomo. Pies od początku pokazuje, że cię kocha, albo nie kocha. Najczęściej kocha, więc to proste. A kot jest jak dziewucha. Ciągle musisz się starać, a i tak nie daje ci to żadnej gwarancji.

pablo4

Twój kot, Topek,  zainspirował cię do napisania jakiegoś kawałka?

Powiem ci więcej. Moja żona ma pewne nagrania, mam nadzieję, że nigdy ich nie upubliczni. Jak wracam podcięty do domu to biorę gitarę i śpiewam piosenki o kotku, coś tam freestyluje. Wiesz, nie mam dzieci, mam kota więc na niego przelewam miłość. Kot nagle nie zacznie kibicować Polonii, nie zacznie słuchać disco polo. Jest wygodniejszy niż dziecko.

A wybiegając w przyszłość: chciałbyś, żeby twoje dziecko zostało muzykiem?

Biorąc pod uwagę sytuację na rynku muzycznym, to bym mu odradzał. Żeby zarabiać pieniądze, jakieś sensowne, to właściwie trzeba zostać muzykiem nie od sztuki, a od spełniania zachcianek ludzi. Z drugiej strony to jest fantastyczna droga. Nigdy bym nie poznał tylu wspaniałych ludzi, nigdy bym pewnie nie  wyjechał do USA, Etiopii, Finlandii etc. Ja muzyce zawdzięczam wszystko. To, że teraz rozmawiamy, też zawdzięczam muzyce. Nie ma nic fajniejszego jak z nicości, z pięciu gości, którzy stoją z instrumentami, powstaje coś. Nie znam uczucia, które mógłbym do tego porównać. Seks jest przy tym słaby, narkotyki są słabe. Może zagranie na mózgu Legii w finale Ligi Mistrzów jest porównywalne. Oczywiście pójście w ten biznes ma gorsze strony. Ja miałem dużo szczęścia, ale znam ludzi dużo bardziej utalentowanych ode mnie, którzy klepią biedę.

To dlaczego ty jesteś tu gdzie jesteś, a oni nie?

Fart. W piłce też tak jest, grasz w B-klasie, jesteś najlepszy. Przyjedzie skaut i cię zobaczy – pójdziesz wyżej. Nie – na zawsze zostaniesz tam gdzie jesteś.

To co było twoim największym fartem?

Trafienie na odpowiednich ludzi, muzyków. I to, że Vavamuffin powstało wtedy, kiedy powstało, bo byliśmy trochę do przodu. Nikt tak wtedy nie grał. Gdybyśmy powstali 3 lata później, może nie odnieślibyśmy takiego sukcesu. Oczywiście na miarę tej sceny i tego kraju. Trafiliśmy w swój moment w czasie.

Ty się czujesz spełniony? Wiele płyt, koncertów, pozytywnych recenzji. Nawet prace magisterskie o tobie piszą. „Między niezależnością, a komercją. Medialny wizerunek Pawła Sołtysa i Czesława Mozila.”

Jest taka, jedna z czterech, które o mnie powstały.

Ja znalazłem jeszcze drugą. „Dobór wyrazów w zestawieniach brzmieniowych w twórczości Pablopavo.”

O spełnieniu opowiem ci trochę z innej strony. Mój tato od początku patrzył… średnim okiem na to co robię. „Co to za zawód? Muzyk” Nie ma z tego pieniędzy, studiów nie skończyłeś” i tak dalej. Przy jakiejś okazji, to były chyba moje urodziny, ojciec wzniósł toast. Że nie wierzył, nie podobało mu się….(cisza)….Ale docenia. Jest dumny. To był cios. Nie ma ważniejszego faceta w życiu niż ojciec. Więc jak mnie pytasz kiedy poczułem się spełniony – właśnie wtedy, kiedy mój ojciec powiedział, że robię to dobrze i jest ze mnie dumny. Rodzice teraz kupują wszystkie moje płyty i rozdają swoim znajomym. Ale ogólnie nie czuje się jakiś spełniony, że osiadam na laurach. Nadchodzi „Polor”, ale mam tyle pomysłów, że mam robotę na najbliższe pięć lat. Płyta opus magnum jeszcze przede mną.

To może teraz czas na błatne pieśni, zapowiadałeś kiedyś, że chcesz nad tym usiąść.

Tak, myślałem nad tym. Lech Dybik, taki aktor polski, nagrał niedawno album z błatnymi piosenkami, więc mi trochę zabrał robotę. Najpierw muszę się zabrać za płytę Zjednoczenia, bo istniejemy już trochę, a nie nagraliśmy całego materiału. Mogę zdradzić, że mam już prawie skończony album z gitarą akustyczną. Ja, wiosło i tyle. Mam pomysł, żeby było to zajebiście wydane, z jakimiś opowiadaniami, zdjęciami. Tylko na winylu i w małej ilości egzemplarzy.

Co dalej, Świetliki?

Nowe Świetliki wyszły, jest tam kilka moich śladów.

Nie mówię o „Sromocie”. „Jak kiedyś umrę, albo odechce mi się wygłupiać na scenie, fajnie byłoby gdyby został wokalistą Świetlików.” To Marcin Świetlicki o tobie.

Myślę, że to żarty były. Oczywiście, że jest mi ogromnie miło, ale wyobrażasz sobie Świetliki z jakimś innym wokalistą? Nie przejdzie. Ale nie ukrywam, nawiązując do spełnień, ze dogranie się do „Sromoty” było niesamowitą nobilitacją. A ta wypowiedź jest na pewno jednym z największych komplementów jakie dostałem. Ja jestem wielbicielem i kumplem Świetlików, taka ciekawa sytuacja.

To może w przyszłych planach znajdziesz też miejsce na książkę?

Zdradzę coś. Na płycie „Polor”, jak ktoś kupi oryginalny nośnik, będzie drobna niespodzianka w tym temacie. A co do takiej dużej książki, uważam, że pisarze to najwyższa kasta wśród ludzi. Napisanie książki jest rzeczą najtrudniejszą i być może najbardziej wartą zachodu. Ale nie wiem czy to kiedyś zrobię.

A gdybyś się tego podjął, o czym by to było?

Bardziej mnie interesuje jaka by była, a nie o czym. Literatura ma być piękna. Ktoś kiedyś powiedział, że literatura jest o dwóch rzeczach – miłości i śmierci. Cała reszta to didaskalia. Więc ja też bym napisał taką książkę.

No i musiałaby być polorowa.

Galancie, jak się kiedyś mówiło na Pradze.

ROZMAWIAŁ TOMASZ ZIELIŃSKI

Komentarze


Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑