Gangsterskie kino w filmie animowanym? Pomysł świetny, wykonanie średnie

Opublikowano Grudzień 26, 2015 | przez Gofrey

Święta to wyjątkowy czas, więc i do kina wybraliśmy się wyjątkowo nie na żaden hit z afiszy, ale… animowane dzieło twórców „Shreka” o dość tajemniczym tytule „Rabusie Fistaszków”. Skusiła nas przede wszystkim familijna atmosfera, która jakoś naturalnie pcha nas w objęcia wszystkich Kevinów i tym podobnych nieskomplikowanych komedyjek dla całej rodziny, ale i plakat, dość intrygujący. Na pierwszym planie – wiewiórka w garniturze, który mógłby spokojnie przywdziać Hooker, Gondorff, albo chociaż bohater gry „The Sting”.

Sting! wallpaper 1024x768

„The Sting”, tak gra, jak i kultowy film z Paulem Newmanem i Robertem Redfordem, to zresztą ledwie początek długiej listy inspiracji autorów najnowszej bajki, nie tylko dla dzieciaków. Otóż „Rabusie Fistaszków” to nic innego, jak animowany hołd dla całego kina gangsterskiego, oczywiście przystosowany do potrzeb siedmiolatków. Mamy więc genialnego kasiarza, który wychodzi z paki tylko po to, by dać się naciągnąć na „ostatni skok”. Mamy stylowe wnętrza klubów jazzowych z tradycyjnym zestawem wokalistka z karmazynową szminką plus saksofony. Mamy starego wygę w kaszkiecie, który daje się wciągnąć do drużyny, stawiającej sobie za cel największy skok w historii zoologii.

No właśnie. Tutaj zaczyna się zabawa, okazuje się bowiem, że cały ten gangsterski klimat, wszystkie nienagannie skrojone garnitury w stylu retro, liczne nawiązania do klasyki w stylu „The Sting”, „Snatch” czy „Ocean’s Eleven”, jeszcze z Sinatrą w roli głównej, zostają użyte w dość prostej bajeczce o napadzie organizowanym przez… wiewiórki, jeże, szczura, węża, żabę, nietoperza i pangoliny. Tak, to nie jest błąd w druku, ani efekt świątecznego tankowania. Twórcy użyli zgranego schematu – zwierzaki są bardziej ludzkie od bezdusznych homo sapiens, mają swoje kluby, grę w trzy łupinki od żołędzia („pieniążki rozdaję”, ukłon w stronę dorosłej widowni od polskich tłumaczy) oraz oczywiście historie miłosne. Wszystko jednak przełamuje rutynę, znaną z „Madagaskarów” i tym podobnych właśnie poprzez ujęcie wszystkiego w ramach kina gangsterskiego.

Wszystko jest oczywiście ograne – mozolne zbieranie ekipy, wyjątkowe umiejętności każdego z jej członków, następnie udział każdego w wielkim skoku – ale w bajeczce sprawdza się fajnie.

Jest tylko jeden, zasadniczy problem. Choć jest styl, jest szyk, są całkiem urokliwe wnętrza, to sama jakość animacji jest z okolic 1995 roku. „Toy Story” było zdecydowanie lepiej animowane, było tam więcej szczegółów, wszystko było cieplejsze, bardziej spójne. Tu mamy obrazek zwyczajnie brzydki. I wiewióry, i jeże – pomijając może uroczego malucha w meloniku – są zrobione wyjątkowo topornie. Do tego fabuła, scenariusz, dialogi to raczej zbiór odniesień do mniej lub bardziej klasycznych filmów, bez żadnego wkładu własnego. Gdyby upchnąć wszystko w pięciominutowy klip-hołd, wszystko byłoby zdecydowanie bardziej zjadliwe. Niestety, ta miałkość i wspomniana brzydota psuje końcowy efekt, tym bardziej, że przecież właśnie na estetyce, na pięknych garniturach i kapeluszach typu fedora wisi tutaj utrzymanie klimatu.

Humoru też nie ma zbyt wiele, poza graniem stereotypami i kilkoma udanymi aluzjami do klasyki. Dialogi? Chyba trochę ratuje je tłumaczenie, ale i tak jest biednie. Ogółem – pomysł i rozpoczęcie: sposób przedstawiania postaci, tradycyjne zbieranie zróżnicowanej drużyny i reszta elementów zaczerpnięta wprost z najważniejszych komedii kryminalnych był znakomite. Niestety, okazało się, że poza pomysłem, klimatem i tymi mrugnięciami oka dla fanów „The Sting” nie ma… nic. Dlatego chyba lepiej zostać w domu i obejrzeć setny raz Kevina… chyba że magia świąt naprawdę was poniosła i jesteście w stanie przymknąć oko na wszystkie powyższe niedoróbki.

Aha, jest też pewna wątpliwość. Ledwie rok temu do kin wszedł „Nut Job”, film animowany o wielkim skoku organizowanym przez wiewiórki. Nie oglądaliśmy, ale zawsze niepokoją nas tak daleko idące podobieństwa w produkcjach wydawanych w niewielkich odstępach czasowych…

Komentarze

Styl wiewiórek
Jakość animacji
Pomysł
Błyskotliwość dialogów

Podsumowanie: Choć jest styl, jest szyk, są całkiem urokliwe wnętrza, to sama jakość animacji jest z okolic 1995 roku. "Toy Story" było zdecydowanie lepiej animowane, było tam więcej szczegółów, wszystko było cieplejsze, bardziej spójne. Tu mamy obrazek zwyczajnie brzydki. I wiewióry, i jeże - pomijając może uroczego malucha w meloniku - są zrobione wyjątkowo topornie. Do tego fabuła, scenariusz, dialogi to raczej zbiór odniesień do mniej lub bardziej klasycznych filmów, bez żadnego wkładu własnego.

3


Ocena użytkowników: 0.3 (7 głosów)

Tagi: , ,



Back to Top ↑