Gatunek, który powinien znajdować się pod ochroną: rodzimy pomidor

Opublikowano Lipiec 29, 2014 | przez Gofrey

dieta1

Osiem dni na obcej ziemi z dala od dziur w drogach i sięgających za horyzont pól i łąk to niewiele, ale zdążyłem zdiagnozować, czego najmocniej brakowałby mi podczas dłuższego pobytu na emigracji, naturalnie poza oczywistą tęsknotą za rodziną, przyjaciółmi, gwarem mojego miasta i klubem, któremu kibicuję. Wbrew pozorom nie brakowało mi wcale rodzimych lasów. Nie brakowało mi mojego języka, którym zresztą starali się operować nawet kelnerzy, powoli przyzwyczajający się do wysypu Polaków w zagranicznych hotelach. Nie brakowało mi – co zapewne zadziwi użytkowników Wykopu – cebuli, nie brakowało mi schabowego, nie brakowało mi TVN-u w telewizji i Wyborczej w kioskach.

Po ośmiu dniach z równą radością jak unikalną architekturę mojego miasta powitałem… pomidory.

Pyszne, rodzime, psikane chuj-wie-czym, ale i zadbane, kształtne, twarde pomidory. Nie rozwodnione gówno z Hiszpanii, nie przypominające mamałygę pomidorki z innych tego typu stron. Prawdziwy przysmak, idealnie współgrający z ostrymi potrawami, służący do produkcji równie smakowitego ketchupu, kapitalnej pomidorówki i wielu innych dań, bez których nie przeżyłbym w obcych landach. Osiem dni. Trochę ponad tydzień, a ja wśród przeróżnych gatunków ryb, świetnych kuleczek z kurczaka, różnorakich pizz, omletów i innych podobnych pracochłonnych i zapewne obiektywnie dobrych potraw desperacko szukałem smaku pomidora.

Tamtejszy ketchup? Kwaśne pomieszanie naszego „łagodnego” z dużą ilością soli i soku z pomarańczy. Zupy z pomidorami? Woda z tym wyżej wymienionym ketchupem. Nawet sos pomidorowy do pizzy gorszy niż w najgorszej rodzimej spelunie serwującej kluski z serem i czerwoną plamką na środku jako spaghetti. To jednak było do przeżycia, podobnie jak przypominające kulę z wodą pomidory zapiekane z serem i pomidore gotowane z bazylią.

Najgorsze były bowiem te świeże pomidory, pociachane w plastry i zachęcające, by wrzucić je na kanapkę. Absolutnie niesmaczne, kompletnie hańbiące ten szlachetny dodatek do potraw i wywołujące nostalgię porównywalną z książkami, które podrzucono tytułowemu bohaterowi z „Latarnika”. Nigdy nie byłem szczególnym fanem pomidorów, po prostu uznawałem je za doskonałe urozmaicenie kanapek, szczególnie w komplecie z cebulą, ale po powrocie byłem gotowy wpieprzać je na surowo, jak jabłka. Przez trzy dni po wylądowaniu w kraju nawet nie sięgałem po sosy czy inne przyprawy, wystarczał mi pomidor.

Osiem dni, które zmieniło moją optykę. Osiem dni, dzięki którym już wiem, że moment w którym ktoś, niezależnie czy za sprawą genetycznych modyfikacji, użycia innych spryskiwaczy, czy zwykłych zmian w klimacie, sprawi, że nasze pomidory będą smakować jak te hiszpańskie, stanie się początkiem krwawej rewolucji.

Aha, zrozumiałem też, dlaczego Hiszpanie bez żalu zalewają tym gównem arterie jednego z miast w to całe święto pomidorów. Jedyne do czego się nadaja te ich czerwone kulki z wodą, to rzucanie się nimi na ulicach.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑