Jak dotrwać do urlopu

Opublikowano Lipiec 21, 2014 | przez ZP

Man sleeping on office desk

Monika wysyła zmysłowe fotki z plaży w Chorwacji, Ola robi sobie seksi zdjęcia na górskim szlaku w Zakopanem, a Marta wygina śmiało ciało na tle niezwykłej panoramy Dubaju. Oglądasz to wszystko nadąsany, ponieważ też chciałbyś już wypocząć. Niestety, do wymarzonego urlopu pozostały jeszcze dwa-trzy tygodnie. Co zrobić, żeby w tym czasie nie zwariować?

Harowanie ze świadomością, że wielu znajomych właśnie opala dupę na plaży i sączy drinka to nie jest fajna sprawa. Szczególnie, że często tuż przed urlopem człowiek ma dwa razy więcej roboty niż zwykle, ponieważ musi zapieprzać za tych, którzy właśnie odpoczywają. To okres, którego nienawidzimy tak bardzo jak połowy grudnia i przedświątecznych zakupów. To okres, który podobnie jak zimowe bieganie po galeriach handlowych jest jednak nieunikniony.

Jak go przetrwać i nie zwariować?

To proste – trzeba wypracować sobie plan dnia, w którym pełno jest drobnych przyjemności. I powtarzać go konsekwentnie w ostatnich kilkunastu dniach przed wyjazdem na wczasy.

U mnie wygląda to tak: zawsze przed początkiem pracy idę do ulubionej kawiarni. Po drodzę kupuję „Przegląd Sportowy” i czytam przez pół godzinny do czterdziestu minut, „zagryzając” lekturę crossaintem oraz popijając ulubioną kawą. Takie rozpoczęcie dnia pozwala na chwilę zapomnieć o myśli, że człowieka czeka 2x więcej roboty niż zazwyczaj (bo przecież zmiennik na urlopie!).

Z knajpki jadę do pracy autobusem, co pozwala mi przez kolejny kwadrans czytać. Tym razem dobrą książkę zamiast gazety. To także fajna higiena dla mózgownicy przed pracą.

Po kilku godzinach zapieprzania, robię kwadrans przerwy na „drinka”, którego odkryłem w kafejce nieopodal. Jest nim doskonale zmrożona zimna herbata z pomarańczą i jakimś dziwnym zielskiem, w sumie nie wiem co to, nieważne, grunt, że smaczne. I pozwalające na chwilę się zrelaksować. Czasem zapalam do tego papieroska, jeden na kilka dni jeszcze nikogo nie zabił.

Oczywiście wieczorem przychodzi czas na właściwego drinka. Ostatnio najczęściej jest nim po prostu… piwko nad Wisłą. Znajomi otworzyli przy warszawskim Pomoście 511 bar z burgerami, więc wpadam tam często – nie żeby codziennie wpieprzać je na kolacje – a po prostu pogadać z koleżankami i kolegami, których wokół nie brakuje.

Wypicie dwóch browarków nad wodą w miłym towarzystwie, przy niezłej muzyce i orzeźwiającym wiaterku – to jest to, co z jednej strony pozwala odsapnąć po dziesięciu godzinach pracy, z drugiej ładuje baterię przed dniem następnym.

Ot i cały mój sposób, by przetrwać finisz tego maratonu roboty, odbywający się w skrajnie trudnych, upalnych warunkach. Wam też radzę wypracować sobie podobne schematy, jeśli tego nie zrobicie, zamiast na wczasy pojedziecie do wariatkowa. Albo na szpitalny oddział z powodu przemęczenia, co zresztą przytrafiło się moim dwóm kolegom-dziennikarzom w ostatnich tygodniach…

Komentarze


Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑