Las Vegas dla Cebulaków, czyli nowy wymiar walki idiotów z maszynami

Opublikowano Lipiec 24, 2014 | przez Pato

vegas

To była chwila. Szok jak po lekturze książek Ilony Felicjańskiej albo wysłuchaniu piosenek Stachursky’ego. Patrzyłem i szczypałem się w ucho. Myślałem: „kurwa, to nie może być prawda”. A jednak – życie znowu wylało na mnie kubeł absurdu.

Sklep osiedlowy, zwykła drewniana buda, w której jako dzieciak kupowałem lizaki „za tysiąc”, nagle stała się… jaskinią hazardu. Zobaczyłem napis „Las Vegas” i zamarłem. Lekka uchylone drzwi, zabarykadowane okna – buda wygląda tak, jakby czekała na przyjście Johna Rambo. Piszę o tym, bo czuję konsternację.

Po pierwsze – już sam widok tego miejsca przyprawia o bełta. Po drugie – tam ciągle są jacyś ludzie! Zwykli menele, robole mający przerwę w pracy, osiedlowe gagatki. Wszyscy. Grają i przegrywają życie. Toczą nierówną walkę z maszyną. Siedzą w ciemności, a w oczach odbijają im się owoce.

Ja pierdolę, to jakiś koszmar.

Parę lat temu chodziłem tam po bułki, a dziś widzę jednorękiego bandytę i kilku sąsiadów w kolejce. Nie wiem, czy można coś tam wygrać. Nigdy nawet nie próbowałem. Ale skoro za wszystkim stoi maszyna, to sprawa jest jasna. Algorytmy robią gwałt na cebulakach, jak Niemcy na Brazylii. A oni nic, wrzucają do automatu kolejne piątki i kolejne. Łudzą się jak ci wszyscy, którzy raz w tygodniu skreślają kupon w Totka. Tylko, że tutaj akcja nie dzieje się raz albo dwa razy w tygodniu. Automat czynny jest codziennie, a z neonu obok napisu „Las Vegas” bije też sympatyczne „24h”.

To w sumie zabawne. Parę lat temu politycy krzyczeli, że w każdej wsi będą hot spoty, że Unia Europejska da pieniądze na szeroko-dostępny Internet, a dziś okazuje się, że hot spoty są, ale trochę inne. Rozglądam się po innych małych miejscowościach i podobne budy powstają szybciej niż kolejne obrazy Gracjana Roztockiego.

Rozejrzyjcie się. Wróćcie na chwilę w rodzinne strony. Może mieliście kiedyś ulubiony kiosk, piekarnię albo sklep z warzywami – dziś stoi tam pewnie kolejna jaskinia hazardu. To takie proste: przejąć opuszczoną budę, postawić trzy automaty i bach: dalej można grać na naiwności ludzi.

Spotkałem kilka dni temu byłego nauczyciela ze szkoły. Zawiany mówi: dawaj, do baru! No więc pijemy. Jedna bańka, druga. Facet robi się coraz bardziej wylewny i nagle z uśmiechem na twarzy mówi: „Ja to hazardzista jestem!”. Powiedział to tak, jakby smarował bułkę. Przegrał sto tysięcy i się uśmiecha. No i znowu szok. Znowu gadka o ruletce, kartach, a na koniec – a jakże – o automatach. Chociaż bardziej pasuje to słowo maszyna jak to się ładnie mówi w tamtych stronach. On mówi, że zna tysiące sposobów. Podobno wie, kiedy maszyna „daje”. Nie przekonasz GO. Nie przekonasz ICH.

Las Vegas Parano. Lekarstwo na głupotę wciąż w cenie.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑