Magic Mouse. Pierwszy produkt Apple, który mnie poważnie rozczarował

Opublikowano Sierpień 21, 2014 | przez lucky bastard

magic-mouse-1

Miałem już w swoim życiu parę różnych urządzeń tej firmy i nieważne jak długo różne baranki przekonywałyby mnie, że „Apple to moda, lans, głupota, a w ogóle to strata pieniędzy”, nie dam powiedzieć na nie złego słowa. Zawsze użytkowało mi się je i użytkuje lepiej niż dobrze. Ba, niektóre to wręcz zmieniły moje postrzeganie, czym jest dobry telefon (to już ładnych parę lat temu) albo wygodny, niezawodny komputer (całkiem niedawno).

Chyba tylko pierwszy model iPada w końcu stał się przyrządem, który teraz wyłącznie zbiera mi kurze na półce. Ale to akurat z innego powodu – kiedy wchodził na rynek, nikt nie używał jeszcze telefonów z milionem funkcji i 5-calowym wyświetlaczem, które dziś z powodzeniem zastępują tablety.

Ostatnio jednak połakomiłem się na Magic Mouse, zdaniem PR-owców Apple: mysz komputerową, jakiej świat nie widział… I po raz pierwszy się poważnie zawiodłem. Przynajmniej na tyle, na ile można rozczarować się głupią myszką do komputera.

Pierwsza rzecz, którą muszę nadmienić na wstępie: touchpad w apple’owym Macbooku jest rozwiązaniem absolutnie genialnym. Każdy, kto używa, musi się zgodzić, reszta niech uwierzy na słowo. Dopóki użytkowałem tzw. normalnego laptopa, bez myszki czułem się jak bez ręki. Wszystkie te touchpady, gładziki, bez względu na firmę, były po prostu do bani. Mało czułe, toporne, każda czynność zajmowała na nich dwa razy więcej czasu niż z myszką. Na Macu – inna historia. Jednym ruchem dłoni możesz wykonać sto różnych czynności – zmniejszyć, powiększyć, przewinąć, wrócić na pulpit, przeskoczyć do innej aplikacji. W ułamku sekundy. W końcu tak do tego przywykasz, że touchpad daje ci pełny komfort. No ale skoro i tak przed komputerem spędzam pół życia, to dlaczego miałbym tej magicznej myszki nie sprawdzić? Cena tego ustrojstwa niemała: 299 złotych w oficjalnej sprzedaży. Bez niej jest dobrze, ale na zdrowy rozum z nią powinno tylko być lepiej – taka to była moja kulawa logika.

Cały myk polega na tym, że nie jest.

Klikam, przewijam od kilkunastu dni i cały czas mam wrażenie jakbym się zmuszał. Jakbym, zamiast rzucić ją w kąt, próbował się do niej na siłę przekonać. To do Apple niepodobne. Do tej pory wszystko, co miałem z ich „stajni”, kupowało mnie w momencie i wynagradzało spory zazwyczaj wydatek. Magic Mouse oczywiście jest ładna. Dopracowana, a zarazem minimalistyczna z wyglądu, jak wszystko u świętej pamięci Jobsa. Ale co z tego? Ma mi dobrze wyglądać na biurku czy pracę ułatwiać? Zdaje się, że chyba to drugie.

Co mi w niej nie odpowiada?

Zacznę od tego, co mi przeszkadza najmniej, ale jednak przeszkadza: jest mała. Cholernie płaska, niska i wąska. Dziwnie leży w ręce, a właściwie wcale nie leży. Jeśli ktoś przywykł do myszy, którą może okryć pełną dłonią jak czapką, to tu nie ma takiej opcji. Płaska jest niemal jak blat biurka, a więc obsługujesz ją bardziej wyprostowaną dłonią niż zgiętymi palcami – i pewnie to brzmi kretyńsko, ale nie wydaje mi się to wcale wygodne. Jak wspomniałem – jest ładna. Nie ma ani grama chropowatej powierzchni i fajnie, ale po kilku godzinach klikania i przesuwania palcami robi się nieprzyjemnie śliska. To wszystko detale.

Kwestia numer jeden jest jednak taka: po kilkunastu dniach używania niczego mi nie ułatwia. Wszystko, co szybko i sprawnie byłem w stanie zrobić touchpadem, tak samo robię przy użyciu myszki. Może gdybym zajmował się zaawansowaną grafiką, a tym samym potrzebował dużej precyzji, to zmieniłby zdanie, ale w takim typowym internetowo – biurowym, codziennym użytkowaniu nie dostrzegam atutów. Kiedyś może nawet się przekonam do tego, że jest wygodna, ale i tak nie daje mi żadnej nowej jakości.

Mówiąc po piłkarsku: nie robi różnicy. Nie dość, że jest drugim gratem do przeniesienia z miejsca na miejsce (laptop = mobilny) i działa niezbyt dobrze na niektórych powierzchniach, to tak naprawdę za 300 złotych kupiłem sobie drugiego touchpada. Mogło być lepiej…

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑