Między ambicją i pokorą

Opublikowano Lipiec 28, 2014 | przez Gofrey

10563569_937143646311327_2048290171_n

Każdego dnia dziękuję Bogu za to, że mam co jeść i gdzie spać. Szczególnie zimą, gdy owijam się wygodnie w ciepłą kołdrę, myślę o tym jak wiele szczęścia mam ja, moja rodzina i wielu z nas, że żyjemy w luksusowych warunkach – z poduszkami pod głową i dachem ponad nią. A jednak za każdym razem druga część mnie zastanawia się – dlaczego mamy się porównywać do tych, którzy szukają miękkiego miejsca pod mostem albo umierają gdzieś z głodu? Dlaczego nie mamy się porównać z tymi, którzy w zimę nie owijają się ciepłą kołdrą, bo opalają się w cieplejszych miejscach świata?

Dlaczego nie porównać się z tymi, którzy ostatnie lata życia spędzają na podróżach po świecie, zamiast wyczekiwać listonosza z groszami zapewniającymi chleb i kilka podstawowych leków .

Ostatnio byłem na urlopie, po raz pierwszy w życiu leciałem samolotem (no, pomijam wycieczkę rozwalającą się awionetką na Helu za dzieciaka), chyba trzeci czy czwarty raz w ogóle wyjechałem z kraju. Po raz pierwszy widziałem ocean. Po raz pierwszy wypoczywałem w takich warunkach. I oczywiście – jak to ja – poczułem się ogromnie winny.

Czy na pewno zasłużyłem? Pracowałem ciężko, czasem po kilkanaście godzin dziennie, napisałem dwie książki nie przerywając studiów i nie rzucając stałej fuchy, oszczędzałem, a podczas piłkarskich mistrzostw świata poza snem i robotą mój dzień wypełniały już tylko jedzone naprędce posiłki. I za moment przyłapałem się – niektórzy twoi rówieśnicy pracują równie ciężko, by wyżywić rodzinę. W innych częściach świata pracują jeszcze ciężej, by przeżyć.

I znów pokorze odpowiedziała ambicja – gdybym tyrał tak w Anglii albo Niemczech na urlop zerwałbym się nie na osiem, ale osiemnaście dni. Gdyby moja babcia, która ciężko przepracowała całe życie i jeszcze dorabiała długo po przejściu na emeryturę, żyła gdzie indziej, dziś wybierałaby między Wyspami Kanaryjskimi a rejsem po Morzu Śródziemnym, a nie kombinowała jak najtaniej wyrwać się na parę dni w góry. Z drugiej strony – gdzie indziej pewnie miałaby szczęście, gdyby dożyła sześćdziesiątki…

Zacząłem się zastanawiać, czy słusznie obwiniam się o te wakacje. Czy faktycznie jestem już tym rozpuszczonym dzieciakiem, który nigdy o nic nie musiał walczyć, bo wszystko podstawiono mu pod nos? Może i tak, ale z drugiej strony wydałem na urlop życia dwa razy mniej niż mój ojciec zapłacił w ostatnim półroczu ZUS-owi, a patrząc na ich prognozy, raczej nie wylata się za te pieniądze na zasłużonej emeryturze.

Dzisiaj, gdy już mniej więcej udało mi się nazwać ten stan nieustannej walki pokory i wdzięczności za to co mamy z ambicją, by mieć więcej, przeczytałem wpis na Wykopie o cenach benzyny. Jeden z użytkowników przekonywał, że nie mamy na co narzekać, bo w Serbii czy Słowenii mają drożej i są biedniejsi, inni go zbesztali, że w Afryce niektórzy w ogóle nie mają wody, jeszcze kolejni przyznawali rację, że „polskie cebulactwo zawsze będzie narzekać”.

Nie wiem, gdzie się ustawić. Nie pozbędę się dziwnego uczucia, że nie zapracowałem na wszystkie dobre rzeczy, które spotykają mnie każdego dnia, ale też nie pozbędę się uczucia, że mimo wszystko ograniczenia, które narzuca mi państwo podcinają skrzydła. Ograniczają. Pozwalają myśleć, że po wszystkich zarwanych przed edytorem tekstu nocach zapracowałem na jeszcze więcej.

Ambicja kontra pokora. Świadomość, że mają gorzej, kontra świadomość, że mają lepiej. Chyba najrozsądniej w ogóle nie myśleć…

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑