Międzynarodowy trójkąt na spontanie to jest to!

Opublikowano Lipiec 11, 2014 | przez kozak

threesome

– Ruchamy w piątek? – spytałem kumpla, na co on: – Koniecznie! Tylko nie jedź bez końca Mickiewiczem, daj coś o swoich dupach!

No, no, żeby stawiać moje obserwacje wyżej niż Wieszcza, niemały zaszczyt mnie kopnął.

Zresztą już dawno Adam musiał być pod ochroną i stąd taka chyba fraszka Szpotańskiego: „Przechodniu nie szcz! Tu leży Wieszcz!”.

Dobra, to coś współczesnego. Kiedyś syn zapytał ile miałem kobiet (może myślał, że tylko mamusię?). Odparłem:

– Nie wiem, przestałem liczyć po tysiącu…

– Nie wierzę! – to jego odpowiedź.

– I dobrze, i tej wersji się trzymajmy, która dla każdego jest wygodna.

Tak naprawdę podboje na setki nie są niczym skomplikowanym, dla obu płci zresztą. Wystarczy każdemu powiedzieć to co chciałby usłyszeć i gotowe. Albo pokazać męską urodę w spodniach (może to być portfel). Niedawno miałem zabawny numer. Poznałem tancerkę w nocnym klubie, okazało się studentka (polonistyka plus informatyka), no i zaraz okazało się że uwielbia lody.

Zacząłem ją zapraszać do hotelu w centrum, tam mają saunę i jacuzzi podświetlane, fajnie prezentuje się tam saute, bez panierki. No i któregoś dnia umawiamy się znów. Ja jestem już wieczorem, ona może dopiero po robocie, o 4 rano. No i stoję przy recepcji – ha, fajna dupeńka! Okazuje się Rosjanka, niby w interesach, ale pewnie do towarzystwa jakiemuś Saszce. I mówi (gawari), że jej się nudzi trochę. Ja, że mamy w podziemiach fajne jacuzzi. Po minutowych wahaniach idziemy. Pluszczemy się, za chwilę gubi staniczek, lekko nakręcona, no to proponuję na gorę do pokoju, na drina. No i 9 wieczór, a już się zdrowiutko bawimy w mamusię i tatusia.

I nagle… trzask karty magnetycznej i zamku w moich drzwiach! Paraliż! Pewnie moja tancerka skończyła wcześniej i wzięła sobie drugi klucz! Dekonspiracja w pełni, leżymy na golasa…

A tu ładuje się do pokoju jakaś dziewczyna z walizką na kółkach. Mocno zdziwiona, że ktoś jest. – To mój pokój! – krzyczy po angielsku.

No niemożliwe, myślę. Ale wstaję i dzwonię do recepcji. Że jest jakaś Brytyjka i ma mój klucz…

Odpowiadają, że tak, pomyłka, komputer wydrukował duplikat zamiast oryginału, i żeby ta pani machnęła się na dół po właściwy.

Ha, chętnie bym się jednak tak szybko z nią nie rozstawał, też ładna, a w ogóle od razu przychodzi na myśl trójkącik. A ona? Gotowa! I widzę jak się przytula do ruskiej i całuje z nią, i ją.

Przyłączyłem się ochoczo i prowadząc taka międzynarodową konferencję, zerkam na zegarek co jakiś czas. 4 coraz bliżej, tancerka ani chybi wpadnie i będzie poruta, bo prostokąta już nie damy rady (choć może trzeba było spróbować?). No to w krótkiej chwili przerwy mówię obu paniom – strasznie już to łóżko rozbebeszone! Chodźcie przenosimy się do którejś z was! Do świeżej pościeli (dla seksu człowiek nawet prawdomówny gotów jest klamać).

I lekko się odziewając jedziemy piętro wyżej, tam znów katunek (co za dużo to niezdrowo), no i tak o 3 gdzieś wracam do bazy. Lekki porządek, szklanki won, zawsze trzeba też sprawdzić czy nie zostały cudze majtki albo kolczyki, no i spać. I kolejny stres – wejdzie danserka, a ja… wypluty!

Czwarta rano, chrzęst zamka, ona wchodzi. Buzi buzi, i mówi:

– Paolo, nie gniewaj się, ale jestem taka padnięta po robocie, że pokochamy się dopiero rano, dobrze?

Oczywiście okazałem serce.

Bo serce trzeba mieć wielkie.

Rzadko się zdarza, żeby umówić się z fajną laską i ucieszyć, że ona chce pospać, ale bywa!

No i rano zaczęliśmy nadrabiać tę naprawdę szaloną noc. Z amatorkami, z trzech krajów, przypadkowo znalezionych na swojej trasie. No i tak jaki najbardziej lubię – zbrodnia doskonała. I bez kasy, nie licząc pokoju i drinów, ale jak mawiał klasyk – jest wojna, są straty!

Rano trochę kluczenia tylko, żeby nie wpaść na siebie przy śniadaniu, ale w łóżku też się fajnie podjada i można choć na chwilę zapomnieć o obcierkach – lata praktyki wskażą wam jednak najlepsze maści. Ale najlepszy okład to mokra cipeczka.

Takich szalonych nocy i dni było pełno i zapewne jeszcze będzie, bo kobiety lubią nieco zepsucia, jak i w kuchni niezastąpione są francuskie sery, jak i nam chodzi po głowie francuska miłość. Tak już jest. Owoc zakazany smakuje najlepiej.

A skąd ta nazwa francuska miłość? (w ogłoszeniach towarzyskich fajną wersję przyjęto, taką botaniczno kwiatową – francuski bez). Otóż przywlekli ten zwyczaj żołnierze napoleońscy (ich wódz rąbał aż miło panią nomen omen Walewską) i przyjęło się, bo zwyczajnie nie groziło pozamałżeńską ciążą. Choć nazewnictwo rzecz względna, co wyjaśnię na przykładzie innej choroby, zwanej francuską, czyli kiły. Smutnego i śmiertelnego skutku braku higieny. Otóż… choróbsko to przywleczono z Ameryki jako chorobę amerykańską, skutek kopulowania konkwistadorów z mulicami. We Francji nazwano kiłą chorobą – co logiczne – hiszpańską właśnie. W Polsce francuską, stamtąd przylazła. A zgadnijcie jak w Rosji?

Ano chorobą polską!

Bezwzględnie dbajcie więc o higienę – od tego zaczyna się seks. Nie wystarczy kupić bitej smietany (ooo, na mundialu taką polewają) czy czekolady albo miodu, lub też najeść się – o co proszą kobiety – ananasów, bo lepiej mięso wtedy smakuje i jego przetwory. Otóż myć się trzeba!

Żeby nie było jak w tym dowcipie. Para, ona robi laskę (pałkę, gałkę) i zakrztuszona nieco pyta:

– Zenek, masz jakiś chleb?

– A po co ci teraz chleb?

– Bo tyle sera, że bez chleba to nie zjem!

PAOLO RIVER

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑