Na co bym sobie pozwolił gdybym był amerykańskim raperem

Opublikowano Styczeń 3, 2014 | przez MB

raper

Wierzycie w reinkarnację, w następne wcielenia, w podróż dusz? Ja nie. Gdyby jednak rok 2014 przyniósł sensacyjne doniesienia na ten temat, na wszelki wypadek wymyśliłem sobie kim chciałbym zostać – amerykańskim raperem.

Na świecie nie ma bowiem chyba nikogo, kto wiódłby bardziej beztroskie życie niż oni. Jedynym zmartwieniem amerykańskiego rapera jest to, żeby nie dostać kulki w plecy. Choć, jak pokazują statystyki, siedmiu na dziesięciu raperów ze strzelanin wychodzi bez szwanku. Są kuloodporni, bo ich na to stać. Na to i na wiele więcej. Dlatego są największymi wykrętami w przemyśle muzycznym. Czytając o ich zachciankach i zakupach, od razu zaczynam snuć własną listę potrzeb. I dochodzę do wniosku, że gdybym był amerykańskim raperem, odjebałoby mi szybciej niż po zjedzeniu tabliczki czekolady.

Obwieszony złotem, wydziarany od kostek po pachy, wykolczykowany w najbardziej strategicznych miejscach kąpałbym się w najdroższym szampanie. Wlewałbym go sobie do ryja jednocześnie z dwóch butelek i oblizywał jak pies. W tym samym czasie nad inkrustowaną diamentami wanną wisiałaby ogromna plazma, na której oglądałbym mecz mojej drużyny NBA. Najlepiej Los Angeles Lakers. Duet Bryant – James, pod koszem Hibbert i Gortat, na rozegraniu Chris Paul. Moje dziwki.

Momentalnie uzależniłbym się od koksu. Brałbym w dzień i w nocy. Do śniadania, obiadu i kolacji. Kreski wciągałbym z brzucha Kim Kardashian, a sam towar kupował u dilera Macaulaya Culkina. Wydałbym zdecydowanie więcej niż kutas Mick Fleetwood (Fleetwood Mac), który na kokainę w całym swoim życiu przeznaczył marne osiem milionów dolarów. Na prochach bym nie oszczędzał. Tak samo jak na zdrowiu. Siłownia i osobisty trener, najlepiej ten, który rzeźbił 50 Centa. Coach, który w programie ćwiczeń znajduje czas na zażywanie drugów przez swojego podopiecznego, to dobry trener.

A dobra żona to taka, która wciera w dziąsła razem z Tobą i zagryza naleśnikiem. Oczywiście przyrządzonym przez Gordona Ramseya. Skurwiel gotowałby u mnie na chacie i jeszcze za to dziękował. Kupiłbym go sobie na wyłączność. Przyrządzałby dania na każde moje pierdnięcie.

Wymarzyłem sobie też, że stałbym się posiadaczem fabryki słodyczy oraz fabryki nachosów. I żarłbym je bez opamiętania popijając oczywiście dietetyczną colą. Wypuściłbym też własną serię zabawek. Ubrania, kosmetyki? Bitch, please. Tylko zabawki.

Naturalnie bywałbym wszędzie. Żadna biba nie mogłaby się obyć beze mnie. Urodziny Leonardo Di Caprio? Jestem. Ślub Ryana Goslinga i Evy Mendes? Jestem. Pępkowe Beyonce? Jestem. Na każdy melanż przylatywałbym własnym śmigłowcem i lądował nim w samym środku ogrodu. Złote schody, białe futro, szpan, lans i swag. Lil Wayne mógłby mi czyścić buty.

No i szofer. Własny szofer. Na taką ekstrawagancję czekam od małego. Taki trochę jak Alfred Bruce’a Wayne’a: wyrozumiały, uprzejmy, mądry. Doradzi w kryzysowej sytuacji, wsadzi zwłoki do bagażnika, pobije dziwkę do nieprzytomności, ukryje kokę w niedostępnym dla ludzkiego oka miejscu. Skarb nie człowiek.

Najlepiej jeszcze żeby miał rękę do zwierząt, bo miałbym ich multum. Ale nie jakieś tam kotki, pieski i kanarki. Słoń, żyrafa, świnia, gepard i jak. To są zwierzęta! Dumne, dostojne, arystokratyczne. Takie jak ja. Albo takie jakim bym był, gdybym był amerykańskim raperem.

Mam nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie. Byłbym większym pośmiewiskiem niż Pikej.

Komentarze


Tagi: , , , , , , , , ,



Back to Top ↑