Na co powinieneś uważać w weekend, żeby nie skończyć na bruku

Opublikowano Sierpień 26, 2016 | przez MB

selfie 2

Weekend to taki czas w tygodniu, w którym na dwoje babka wróżyła. Możesz miło spędzić czas, pysznie się bawić, poznać ciekawych ludzi, odwiedzić nowe miejsca, uprawiać seks z piękną kobietą albo przeczytać dobrą książkę. Możesz też skończyć na bruku. Obudzić się na przystanku bez grosza przy duszy, w zarzyganych spodniach i z posmakiem jabola w ustach uprzednio ruchając transwestytę. W weekendowym cyklu służymy doświadczeniem i podpowiadamy jak uniknąć drugiego scenariusza.

Pracoholizm

Jedną z najgorszych krzywd, jaką mógłbyś wyrządzić samemu sobie w weekend, jest zabranie roboty do domu. Weekend jest po to, żeby od tyry odpocząć i o niej w ogóle nie myśleć. Jeśli zdecydujesz się część papierologii, formularzy w excelu i prezentacji w PowerPoincie zrobić w sobotę albo w niedzielę, to będziesz cierpiał nieziemskie katusze. Bruk? W tym wypadku będziesz marzył o tym, żeby skończyć na bruku. Rozstąpi się ziemia i pochłonie cię piekło. Co gorsza, całe dwa wolne dni spędzisz absolutnie na trzeźwo. Nie wyrwiesz żadnej dupy, nie poszlajasz się z kumplami i najprawdopodobniej ominie cię biba życia. A co stanie się w następnym tygodniu? Złośliwy szef pokapuje się, że jesteś skłonny do naiwnego tyrania nadgodzin i tak zarzuci cię robotą, że spod maili, papierów i tabelek nie wygrzebiesz się przez najbliższy miesiąc. Więc zanim powiesz sobie „a, tym razem wyjątkowo popracuję trochę weekend”, dobrze się zastanów.

Ekstremalne selfie

W sieci coraz modniejsze są tzw. ekstremalne selfie. Ludzie robią samym sobie zdjęcia na dachach wieżowców, zwisając głową w dół z samolotu, skacząc ze spadochronem, przebywając w klatce lwa, pływając z rekinami, wspinając się na Kilimandżaro albo lecąc w przestrzeń kosmiczną. Trend trendem, ale nie próbuj tego w domu. Weekend to taki czas, kiedy ci, którzy nie zabrali roboty do domu, mają dużo wolnego czasu. Wtedy przychodzą im do głowy różne pomysły, w tym te najgłupsze. Nie każdy ma możliwość skoku ze spadochronem albo wyprawy na Kilimandżaro, ale za to każdy ma piekarnik, wannę i suszarkę, balkon i sąsiada z psem. Pamiętaj, nie zawsze warto podążać za modą.

Nowy „Ben-Hur”

Dobrze opowiedziana historia, rozmach poparty dobrym aktorstwem, zapierające dech w piersiach sceny batalistyczne, logiczna narracja, wierność literackiemu pierwowzorowi, gorące sceny seksu, sprawny montaż i piękne zdjęcia. Tego wszystkiego w tym filmie nie ma. Nowy „Ben-Hur” kompletnie nie trzyma się kupy. Jak na amerykańską produkcję jest zrobiony kompletnie po amatorsku, jest rozlazły i żenujący. Rzymianie biegają w dżinsach, scenografia przypomina styropian, a dialogi są drętwe jak poczucie humoru kabaretu OT.TO. Główny bohater zamiast podziwu wzbudza litość a Messala zamiast strachu – gromki rechot. Największym nieporozumieniem jest jednak słynna scena wyścigu rydwanów. Ta z 1959 roku przeszła do historii kina, ta z 2016 powinna trafić do pokoju wstydu. I tylko Morgana Freemana w tym wszystkim żal, bo widać, że zaczyna przyjmować role jak popadnie. Żal jeszcze widzów, którzy nabrali się na ładny trailer i wybrali się do kina. Pieniądze, które wydałbyś w ten weekend na bilet, możesz spożytkować znacznie lepiej.

Komentarze


Tagi: , , , , , , , , , , , ,



Back to Top ↑