Najbardziej bita po dupie grupa społeczna w kraju – mali przedsiębiorcy

Opublikowano Wrzesień 11, 2013 | przez Gofrey

biznesman

O wyższości pracy we własnej firmie nad tyraniem pod butem mającego dyktatorskie zapędy szefa, bądź odwrotnie, można by napisać tomy. Jedni (najczęściej ci, którzy sami sobie żaglem, sterem i okrętem) powiedzą, że statystyczny pracownik odpieprza pańszczyznę 8-16 i ma wyłożone, drudzy (ci napieprzający od 8 do 16), że ich szef ma wakacje kiedy chce, sam sobie przyznaje premie, a popołudniami gra w golfa na którego dojeżdża luksusowym Mercedesem.


Cóż, pewnie każdy ma trochę racji – górnik protestujący przeciwko coraz śmielszemu wycinaniu jego przywilejów, pielęgniarka krzycząca głośno hasła o lekceważeniu tej grupy zawodowej oraz strażak narzekający na urągające ludzkiej godności warunki pracy. Jest jednak jedna, dość skromna i pewnie coraz skromniejsza grupa, która nie protestuje nigdy. Czemu? Bo nie ma na to czasu. Bo protest wiązałby się z koniecznością zaniechania obowiązków, a zaniechanie obowiązków zaowocowałoby pustym garnkiem na koniec miesiąca. Mali, drobni – już same epitety, które opisują ich grupę zwiastują nieszczęście – przedsiębiorcy. Masochiści, czarny lud do wyzyskiwania, bez możliwości lobbowania jakiejkolwiek zmiany.

Nie powinniście mieć trudności z rozpoznaniem ich na ulicy – najłatwiej spotkać ich we wczesnych godzinach porannych, gdy z kurwami na ustach mkną załatwiać papierkowe formalności we wszystkich czterdziestu ośmiu urzędach, wymyślających im ograniczenia, lub w późnych godzinach nocnych, gdy z podkrążonymi oczami jadą zebrać ze swoich sklepików lichutki utarg dnia.

Właściciele małych salonów kosmetycznych, sklepów monopolowych, tak przez nas ukochanych po północy i nad ranem, szefowie siedmioosobowych firm zajmujących się mydłem i powidłem, faceci prowadzący biura podróży, bezustannie walczący z gigantami rynku i ten ziomek, co do niedawna sprzedawał antyki, ale poszedł na „robić” na budowę. Dzień w dzień stąpający po cienkim lodzie, wypisujący tony świstków, walczący o (oczywiście płatne) przedłużenie koncesji na sprzedaż alkoholu, o odpowiednie ewidencjonowanie towarów, o tysiąc innych rzeczy, których pilnowanie nawet przedwojennych Żydów wygoniłoby aż do Ziemi Świętej.

Urlop? Jeśli już, to dwa dni, ale jakoś poza sezonem, bo w sezonie urlopy biorą pracownicy. Wolna niedziela? Wątpię, faktury same się nie wprowadzą. Święto? Józek z naprzeciwka otworzył, lampucera z sąsiedniego podwórka tez, więc i my lecimy do roboty. Wigilia, sylwester, lany poniedziałek, świątek, piątek, sobota. Zamknięty sklep = brak utargu. Brak utargu = brak spokojnych świąt. Ktoś powie – chciwość! Nie, chciwością byłaby pogoń za zarobkiem, tutaj mamy raczej desperacką walkę o przetrwanie.

ZUS-y za pracowników, ZUS-y za samego siebie, tony makulatury w skrzynkach pocztowych: korespondencja z Urzędem Miasta, z Urzędem Wojewódzkim, skarbówką i setką innych instytucji. Momentami można odnieść wrażenie, że politycy spotykają się na tych wszystkich komisjach specjalnych wyłącznie po to, by wykombinować w jaki jeszcze sposób można by było powkurwiać małych przedsiębiorców.

Szef PO zaczyna się określać jako socjaldemokrata i wpada w konflikt z liberalnymi gospodarczo posłami swojej partii, szef PiS-u z kolei nijak nie może dojść do ładu z twarzą firmującą politykę nastawioną na rozwój małych przedsiębiorstw, czyli Wiplerem, bardziej skłaniając się w stronę wszystkich związkowców, których interesy często stają w opozycji do kasty drobnych sklepikarzy.

SLD? Palikot? Wybaczcie za śmiech. PSL? Znikąd pomocy, a przecież nie można zamknąć biznesu na cztery spusty i samemu jechać protestować pod sejmem. Efekty? Kolejne, coraz bardziej bzdurne ustawy, vide najnowszy koncept, by na kasach fiskalnych zamiast zwyczajowego „piwo” nastukiwać każdą markę z osobna. Idziesz do sklepu, kupujesz Snickersa i Tyskie, dziś pani za kasą wbija 2,00 enter spożywcze 23% enter, 3,30 enter piwo enter. Ale nie, tak jest źle. Każdy, nawet najmniejszy, osiedlowy sklepik według nowych przepisów będzie musiał każdy swój towar odznaczyć osobnym kodem.

Jak będzie to wyglądało od października u tych, których nie stać na aktualizację bazy danych i zakup czytników kodów?

– Twixa i setkę „rocznika” czyli wódki 1906 poproszę.
– MOMĘCIK. Jeden… osiem… cztery… trzy… (…) dwa. Psiakrew, nie ten kod, pardon. Jeden… osiem… cztery… trzy… (…). Okej, to teraz nastukam wódeczkę.

Serio. Niektórzy mówią wprost – gwóźdź do trumny, inni odkładają pieniądze na kolejne innowacje, chociaż jeszcze nie odkuli się po ostatniej odgórnej wymianie kas fiskalnych. Przedsiębiorczość? Przebranżowienie? Elastyczne podejście do popytu rynku? Kto by o tym myślał, gdy szesnaście godzin dziennie walczysz z biurokracją.

Nasz system zabija przedsiębiorczość, kreatywność, wszystkie te cechy, które od lat są domeną Polaków i ogółem Słowian. Mamy w genach kombinowanie i – co pokazują liczne polskie filmy rozrzucone po świecie – w odpowiednich warunkach możemy je ukierunkować na robienie pieniędzy, a nie szwindli. Niestety, gdy grupę, która powinna błyszczeć sprytem i zaradnością, przekuwa się na kserokopiarkę taśmowo powielającą urzędowe pisma, nie sposób o jakimkolwiek biznesie myśleć. Ile przez to ucieka złotówek, euro, dolarów i jenów? Rostowski by wyłysiał.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑