Sopot, czyli moje miejsce na Ziemi

Opublikowano Wrzesień 5, 2016 | przez ZP

igp2521a

Z okazji trzydziestki kolegi postanowiliśmy wyprodukować poncz dla zaproszonych na domówkę gości. Nie mieliśmy dostatecznie dużego naczynia, w którym można go zrobić, więc ostatecznie padło na… plastikową wanienkę dla małych dzieci. Akurat znajdowała się w mieszkaniu, więc pomyśleliśmy: czemu nie? Oczywiście ten spontan skończył się w jeden możliwy sposób: nawaliliśmy się jak szpadle jeszcze gdy było widno, na długo przed tym jak goście z całej Polski zjechali do Sopotu.

Uważam, że każdy z nas powinien mieć miejsce na Ziemi, do którego może uciec. Mam doła? Łapię pierwszy pociąg i jadę właśnie tam. Chcę się zabawić? Zostawiam wszystko i pędzę do swojej strefy relaksu. Dostałem krótki, kilkudniowy urlop? Cóż, szykujcie się, nadchodzę!

Dla mnie najlepszym możliwym azylem w tym kraju jest właśnie Sopot. Co ciekawe: okiełznanym dopiero w zeszłym roku! Niesamowite, że przeżyłem prawie 32 lata zanim pojawiłem się tam po raz pierwszy. Choć jak już wpadłem w listopadzie 2015, to zakochałem się od razu i na zabój.

Wiem, to miasto może wkurwiać. W sezonie za dnia drażni niekończącą się ilością rodzin z dziećmi, które mijasz do słownie wszędzie: na Monciaku, w knajpach, na plaży i w bocznych uliczkach. Taka familia wygląda mniej więcej tak: szkrab ryczy bo jest niezadowolony, że dostał gofra z samą czekoladą a bez śmietany. Matka się denerwuje, bo dzieciak dostaje szału. A ojciec jest zły, bo żona jest poirytowana na płaczące dziecko, które uspokaja, a przecież w tym czasie mógłby już pić piątego browara.

Nocą w Sopocie nie brakuje kilkunastoosobowych grupek podchmielonych gówniarzy. Wypije taki dwa piwka i już, czuje się królem okolicy i szuka draki. Albo randki o co nie jest trudno, bo mam wrażenie, że w klubach Krzywego Domku średnia wieku lasek to 20 lat. Większość z nich prezentuje podejście odwrotne do Michaela Jacksona, czyli robią wszystko, by być czarne (opalone).

Możliwość dostania w mordę od jakiegoś chłystka czy też minięcia się w drzwiach z czekoladą to minusy, które nie przesłaniają jednak sopockich plusów. Gdybyście spytali mnie za co kocham to miasto w drugiej kolejności, odpowiedziałbym: za żarcie w „Śliwce w kompot”. Cokolwiek tam nie zamówisz, jesteś zachwycony. Zupa rybna? Mistrzostwo świata! Żeberka w sosie BBQ? Myślę, że niejednego zawróciły z wegetarianizmu. W tej knajpie z menu mogą się też równać… ludzie. Nigdzie nie spotkałem tak serdecznych i kompetentnych kelnerów.

Skoro było o jedzeniu, trzeba napisać coś o piciu. Słowo klucz: shoty. W „Na drugą nóżkę” serwują kiwiówkę, która powala z nóg. Dosłownie i w przenośni. Gdyby nie dawała takiego kopa, postulowałbym, żeby produkowano ją w 1,5 litrowych butelkach jak wodę niegazowaną. I pewnie piłbym ją w podobnych ilościach. W smaku z nią równać się może tylko i wyłącznie gruszkówka w „Tapas de Rucola”. To miejsce uwielbiam jeszcze z jednego powodu: jest jednym z nielicznych, w którym w Sopocie średnia wieku kobiet wynosi około 30 lat. Chcesz zagadać fajną laskę, która jest otwarta na wakacyjne przygody? Ruszaj właśnie tam!

To miejsce jest lepsze miejsce niż kluby, które jakoś mnie w Sopocie nie powalają z nóg. Ego, Zła Kobieta, Atelier, Makahiki, Unique Club & Lounge – byłem w tych lokalach wielokrotnie i do żadnego nie zapałałem miłością. A to za młode dupy, a to średni wystrój, a to nie taka muzyka – zawsze coś mi przeszkadzało. Serio, w Sopocie dziewczyny najlepiej poznawać właśnie w shotowniach albo po prostu na ulicy. Wakacyjny klimat sprzyja zagadywaniu na Monciaku, naprawdę polecam tę formę kontaktu, także za dnia. Bierzesz kawkę i dobre ciastko w Kavie, siadasz na dworze, obserwujesz ludzi i czekasz na rozwój wydarzeń. Zawsze prędzej czy później pojawi się okazja, pytanie czy starczy ci cojones, by ją wykorzystać? To lenienie się za dnia jest w ogóle fantastyczne: nigdzie nie czyta się książek i gazet tak dobrze, jak w sopockim zgiełku, mówię wam!

Nigdzie indziej nie biega się też tak fajnie jak tam. Trasa z mojego ukochanego miasta do Gdańska jest długa, ładna i orzeźwiająca morską bryzą. Jakaż to miła odmiana po setkach treningów w centrum Warszawy i na Mokotowie, gdzie trzeba się skupiać głównie na tym, żeby nie wjebał się w ciebie samochód na pasach.

Pisałem za co kocham Sopot w drugiej kolejności, na końcu tego tekstu czas zdradzić co urzeka mnie w nim najbardziej. A właściwie kto: LUDZIE. Już dawno nie poznałem w jednym miejscu tylu serdecznych, uśmiechniętych pozytywnych wariatów. Gości, którzy w pracy potrafią harować jak Justyna Kowalczyk, a jednocześnie wieczorami bawić się niczym Rolling Stonesi. Wysyłają tyle dobrej energii, że starczyłoby jej na oświetlenie Pekinu na pół roku. I średnio raz dziennie można przeżyć z nimi takie przygody, jak ta opisana w leadzie.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑