Stare wygi z pierwszej ligi: Deluxe Ski Jumping

Opublikowano Sierpień 8, 2014 | przez Gofrey

deluxe-ski-jumpthumb3-640x416

Nazwać tę grę legendarną, to jak napluć jej twórcy w twarz. Określić mianem popularnej, to kompletnie umniejszyć stopień wniknięcia w świadomość Polaków, w rytm ich dnia i przyjacielskich spotkań. Powiedzieć, że zrobiła furorę, to nic nie powiedzieć. Mała. Skromna. Z wybitnie prymitywną grafiką, równie prostą konstrukcją i sposobem rozgrywki. A jednak, trafiła w belkę, idealnie wyszła z progu w momencie, gdy największe sukcesy święcił Adam Małysz. Szybko zresztą została przemianowana na „Małysza”. Nie było szkolnej pracowni komputerowej bez tej gry, nie było uczniaka, który choć raz nie pofrunąłby na K240 w Australii (!).

Deluxe Ski Jumping. Kawał młodości dzieciaków z lat dziewięćdziesiątych i ich starszych braci oraz ojców.

Patyczak, który sunął po dziwnej zjeżdżalni, kliknięcie myszką, trochę delikatnego szarpania, telemark, czyli moment w którym nogi patyczaka rozjeżdżały się imitując lądowanie w skokach narciarskich. Ocena lotu, przedstawienie wyników, pyk, kolejny skok.

Proste. Bardzo proste. Wyjaśnienie sposobu gry, zasad, sposobu na doskonalenie swoich skoków – banalne. Poziom wyzwania porównywalny z obsługą łopaty oraz umiejętnością podrapania się po uchu. A jednak – a może raczej dzięki temu – gra rozlała się szeroką falą po całej Polsce. Skakali stateczni ojcowie do tej pory stroniący od komputerów, ich synowie, którzy na moment oderwali się od Quake’ów, Unreal Tournamentów i Counter-Strike’ów by walczyć o rekordy na malutkiej Anglii K50 i olbrzymiej Słowenii K250. Nawet matki, dla których często była to pierwsza gra wideo od czasów „Mario” i „Tanków” na wysłużonych konsolach NES, zwanych również „Pegasusami”.

Lekcje informatyki? Odbębnić te wszystkie Wordy i inne Excele po czym marsz po zwycięstwo w DSJ. Mężowie uciekający na noc do komputera podbić te najtrudniejsze, średnie skocznie. Nawet popijawy ówczesnych studenciaków często kończyły się agresywną i zaciętą rywalizacją o Puchar Świata w lotach. Zresztą jeśli macie więcej niż szesnaście lat, doskonale pamiętacie, o czym mówimy.

Przypomnienie po latach wykonał Filip Kapica, który odkurzył DSJ razem z Wormsami – grając w nią jakieś dziesięć lat po wielkim wybuchu popularności. Przy tej okazji odkryliśmy, że tego typu gry właściwie nie starzeją się nigdy. Znów jak złoto wchodziła rywalizacja ze znajomymi, znów nie brakło fizycznych ataków na myszkę podczas skoków lidera klasyfikacji, znów nie brakło bluzgów, rzucania myszką i spektakularnych wywrotek.

Swoją drogą, traktowanie tej gry jak reliktu przeszłości nie ma chyba sensu. W końcu na początku tego roku wspomniany Kapica rozegrał partyjkę ze… Svenem Hannawaldem.

 

Oj, jeszcze nie jeden i nie dwa skoki oddamy na tych rażących pikselami skoczniach. Wam też radzimy odświeżyć przy jakiejś okazji – nawet sobie nie wyobrażacie, jaka to frajda wrócić do czasów, gdy każdy znał nazwiska nawet kompletnych ogórków pokroju Jussiego Hautamaekiego (brat Matiego, nie?) czy innego Michaela Uhrmanna. Gorąco polecamy, na te upały – w sam raz.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑