Syndrom „Przyjaciół” oraz przerażająca odpowiedzialność

Opublikowano Lipiec 22, 2014 | przez Gofrey

pic_1202744828_17

W felietonie z czasopisma „Do Rzeczy” sprzed tygodnia Igor Zalewski poruszył temat syndromu „Przyjaciół”. Według niego zastąpienie tradycyjnej rodziny paczką znajomych, z którymi „miło spędza się czas na… miłym spędzaniu czasu” (jak w kultowym serialu) po pewnym czasie zaczyna ciążyć, przede wszystkim kobietom, które instynktownie zaczynają szukać męża, a nie kolejnych pubów w centrum.

Przyjrzałem się swojemu otoczeniu, wprawdzie jeszcze daleko nam wszystkim do czterdziestki, ale z wachlarzem zachowań powiązanym z opisanym przez Zalewskiego syndromem spotykam się niemal codziennie. I – co ciekawe – przyjaciele przyjaciółmi, beztroskie życie „trzydziestoletnich nastolatków” beztroskim życiem, ale na pierwszy plan w mojej opinii wychodzi paraliżujący strach przed odpowiedzialnością.

Odpowiedzialność. Już samo słowo brzmi złowrogo. Kojarzy się z „musisz ponieść odpowiedzialność za swoje błędy”, albo „odpowiedzialny za tego gola jest boczny obrońca”. „Odpowiedzialna za atak jest Rosja” (zawsze jest) za co i tak nie zostanie „pociągnięta do odpowiedzialności”.

Nie wiem, czy to właśnie nagromadzenie negatywnych skojarzeń, czy może raczej wychowanie „pod kloszem”, ale odpowiedzialność dla nastolatków w wieku od czternastu do czterdziestu (tak, tak!) lat ma wzięcie podobne jak szpinak w przedszkolach. Wspomniałem o wychowaniu pod kloszem, ale nie chodzi wcale o nadopiekuńczość. Tradycyjnie przez „klosz” rozumiemy zachowanie rodziców, którzy nie wypuszczają dzieciaka dalej niż do przedpokoju, a samodzielność młodej latorośli kończy się na wyborze tapety na swoim laptopie.

Ja tymczasem uważam, że nawet chłopczyk latający z kluczami na smyczy po brudnych ulicach i tak może zostać objęte swoistym kloszem – kloszem chroniącym przed odpowiedzialnością. Wszystko biorą na siebie dzielni rodzice albo – w krańcowych przypadkach – społeczeństwo/szkoła/środowisko.

Zbił szybę? Odpowiedzialne są pewnie krwawe gry komputerowe. Nie zdał matury? Odpowiedzialni są nieudolni nauczyciele. Jest otyły? Odpowiedzialny jest belfer od WF-u (z którego dzieciak został zwolniony przez rodziców). Dryfujemy sobie bez odpowiedzialności, co ma swoje uroki.

Imprezy, coraz dłuższe wakacje, na studiach czasem trwające nawet jedenaście miesięcy, czy – na łatwiejszych kierunkach – pełne pięć lat, dorywcza praca, krótkoterminowe związki, chwilowe pasje, jednosezonowe zajawki. Odpowiedzialności brak – zarówno u tych w związkach, jak i wśród tych zabetonowanych singli. I właśnie tu pojawia się zjawisko, którego nasilenie wskazuje na coraz gorszą kondycję całego społeczeństwa.

Otóż moi rówieśnicy, często od lat w związkach, dochodzą do momentu, w którym trzeba się określić. Koniec drogi. Nakaz skrętu w lewo lub w prawo, ale na wprost już dalej pojechać się nie da. Albo kończymy „chodzenie ze sobą” i dalej się bawimy, albo czas wziąć na siebie odpowiedzialność i zacząć tworzyć rodzinę. Przed tym ostatnim wzdryga się już nie tylko szczawik z liceum, ale i człowiek tuż po studiach, który jeszcze kilkanaście lat temu byłby powoli szturchany przez ciotki jako stary kawaler.

Ślub? Na pewno wpadka. Wspólne mieszkanie? Tak, ale bez zobowiązań, najlepiej wynajmowane z umową na pół roku. Dzieci? Broń Boże, mam dopiero trzydzieści pięć lat, jestem na to stanowczo za młody! Niby nic odkrywczego, niby nic nowego, ale ten fakt strachu wywoływanego powolnym dobijaniem do rozstaju dróg: „rodzina, albo przedłużenie nastoletniego ubawu” pierwszy raz nie jawi mi się jako problem lekkoduchów czy wiecznych dzieciaków, ale ludzi, którzy zostali w jakiś sposób skrzywdzeni, w jakiś sposób dotknięci… nie wiem czym.

Nie podejmuję się analizy, nie robię badań, nie jestem fachowcem, ale zaczynam dostrzegać, że to nie hedonizm nakazuje im robić krok w tył, gdy tylko zbliża się jakakolwiek poważniejsza odpowiedzialność. Nie są tchórzliwi, nie są płochliwi, nie brak im odwagi do realizacji swoich marzeń i celów, jednak w tym podstawowym segmencie życia coś paraliżuje im nogi.

Czy wszyscy obudzą się z syndromem „Przyjaciół” opisanym przez Zalewskiego? Na razie widzę, że człowiekiem, który powoli staje się moim idolem jest James Rodriguez, piłkarz, który hajtnął się w wieku 19 lat, dziecko sprawił sobie dwa lata później, a na swoich profilach internetowych każdym wpisem udowadnia dojrzałość i odpowiedzialność. Odpowiedzialność, którą na siebie wziął jest cenniejsza, niż osiemdziesiąt baniek, które zapłacił za niego Real.

To jest właśnie piękne. Brać na siebie odpowiedzialność, za rodzinę, za dziecko, za wychowanie młodszych. I przekonywać tych, którym coś nie pozwala na skok w prawdziwą dorosłość, że da się. Że nie jest tak źle. Że ślub nie jest równoznaczny z ułożeniem się do trumny, a ojcostwo nie wymaga supermocy. Że nie trzeba wzdrygać się mijając z dziewczyną reklamy pierścionków zaręczynowych, że poszukiwania idealnej nie muszą trwać do czterdziestki. Jakkolwiek szokująco brzmi to dla Joey’ów, Rossów i Chandlerów w Polsce 2014.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑