Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie!

Opublikowano Listopad 25, 2013 | przez Gofrey

shore1

Już dawno nie widziałem takiej fali nienawiści. Czysty, niczym nieskrępowany hejt, nakręcający się niczym spirala każdym kolejnym postem, każdym kolejnym twittem i szyderstwem. „Oglądam dla beki” jest zarezerwowane dla kadry, to się „ogląda, by się dowartościować”. Sam długo nie wiedziałem jak to ugryźć – wszyscy oczekiwali ode mnie, że odbezpieczę broń, wyjmę zawleczkę i rozjadę walcem program, w którym można skrytykować wszystko, od czołówki, przez bohaterów, po tytuł.

Nie. Nie zgniotę „Warsaw Shore”, choć przecież tak byłoby najprościej. Nie odmawiam racji tym, którzy wskazują na płytkość umysłową uczestników programu. Nie będę tu bronił priorytetów i ideałów, którym hołduje niesławna „Ekipa z Warszawy”, która zresztą Warszawę przed programem znała ze zdjęć i teledysków Piaska.

Nie zgniotę, bo bardziej wkurwia mnie reakcja niż akcja. Wkurwia mnie wywyższanie się, wkurwia mnie zarozumiałość i ta chora chęć „dowartościowania” się oglądaniem gromady chlejusów, erotomanów i wiejskich głupków.

Po pierwsze – „Boże, jacy oni płytcy!”.

Lament popularny w młodzieżowych środowiskach pseudo-inteligenckich, które doskonale orientują się w cenach drinków w modnych lokalach i najnowszych aplikacjach smartfonowych, ale nigdy nie zarabiały na swoje utrzymanie, a ich priorytety to ledwie lekka modyfikacja tych „warsaw-shore’owych”. Tak, do was mówię, bracia studenci i siostry studentki.

„Chryste, jak można myśleć tylko o seksie”?! Faktycznie, dowolny studencki klub wypełniony jest wiernymi krzewicielami idei czystości, którzy brzydzą się na myśl o przedmałżeńskiej kopulacji.

„Tylko wóda i tańce im w głowie” – naprawdę!? Tyle lat kreowania wizerunku studenta-nieroba, tyle lat memów dotyczących burdelu w akademikach i weekendów zaczynających się w środę i kończących w poniedziałek, by potem zapłonąć świętym oburzeniem – „w Warsaw Shore tylko seks, alko i dyskoteki”?

Chciałbym wierzyć, że każdy oburzony programem MTV po obejrzeniu odcinka wraca do swojej klasztornej celi, ewentualnie kładzie się w łóżku z żoną sprawdzając uprzednio, czy dziecko jest przykryte, ale nie. Jesteście, kochani, taką samą bandą hedonistów, tylko gust macie trochę lepszy, gadki nieco mniej oklepane, no i elokwencję dwa poziomy wyżej. NIC innego was nie wyróżnia.

Po drugie – „wieśniactwo, bezmózgie dupy i napakowani mądrale za pięć złotych z rynku”.

Tak, faktycznie, inteligencją uczestnicy programu z pewnością nie błyszczą i pozostaje jedynie cieszyć się, że wyśmiewający ich kwiat i elita kraju w wieku 18-25 lat nigdy nie robiła głupich żartów, nigdy nie jarała się przepalonymi na solarium dziewczętami i nie wymiotowała po alkoholu. Serio, aż trudno uwierzyć, że ludzie są zaskoczeni poziomem „Warsaw Shore”. Przecież to wycinek rzeczywistości. Nie jakiejś patologii spod Rzeszowa, tylko rzeczywistości każdego polskiego miasta i wsi, gdzie liczy się wygląd, dobra zabawa i seks.

Ktoś powie – chodzi o styl, w jakim się imprezuje. Czyżby? Upodlenie się za pieniądze rodziców różni się od upodlenia za pieniądze MTV? A może chodzi o ten słynny umiar, umiar w piciu, umiar w bajerowaniu „gąsek”, umiar w wulgaryzmach? Tak. Umiar. Zaręczam, nie chcielibyście widzieć siebie samych na imprezach po kilkunastu browarach. Znam to od każdej strony, jako kierowca, jako „sportowiec” odmawiający alkoholu, wreszcie jako ten, którego trzeba było wynosić nogami w przód.

Wiadomo, „Warsaw Shore” nie jest programem z misją, nie jest to również godzina dla ziemi, godzina dla Polski, czy zwyczajnie godzina intelektualnej uczty. Żyjemy jednak w czasach, w których co szósty człowiek czyta jedynie opisy questów w MMORPG-ach, a dwóch kolejnych – etykiety na browarach. Żyjemy w czasach, w których małżeństwo w wieku poniżej 25 lat to trudny do ogarnięcia pośpiech, a myślenie o dziecku zaczyna się w okolicach trzydziestych urodzin. Żyjemy w czasach, w których idolami są Wojewódzki, Koterski oraz „Kędzior”, a uwierzcie – oni akurat potrafią się pobawić.

Czy możemy się więc dziwić, że ośmiu młodych, całkiem nieźle prezentujących się ludzi zamkniętych w jednym domu lub wypuszczonych na miasto nie dyskutuje o powieściach antyutopijnych z pierwszej połowy XX wieku, ani nie rozprawia nad plusami i minusami wczesnego rodzicielstwa, tylko chla, dyma i świntuszy na potęgę?

Denerwuje mnie moralizatorstwo, dlatego też nie będę tutaj na siłę przekonywał, że „Warsaw Shore” to zwierciadło, w którym widać obraz straconego pokolenia urodzonego przy akompaniamencie „wielkich zmian”. Zapytam jedynie wszystkich mieszających z błotem (często słusznie!) osiem kwiatuszków rodem z MTV – naprawdę jesteście tacy mądrzy, dojrzali, święci i nieskazitelni?

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑