Za czasów mojej młodości było grzeczniej, czyli przemyślenia 30 latka

Opublikowano Lipiec 10, 2014 | przez lucky bastard

crazy_teens

Jakiś czas temu jechałem tramwajem, a za mną siedziały dwie młode dziewczyny, na oko mające po piętnaście lat. Dotarł do mnie skrawek rozmowy i zwyczajnie nie mogłem uwierzyć, że coś takiego słyszę:

– Kaśka obciąga każdemu chłopakowi w szkole, mówię ci.

– Takiemu Markowi sama bym obciągnęła.

Dwie młode damy i jakże uroczy dialog, w którym przytoczony fragment jest tylko bardziej lajtową częścią. W sumie to nie tyle nie mogłem co nie chciałem uwierzyć w to, co docierało do moich uszu. Dziwił mnie nie tyle wulgarny język – który nomen omen w ustach tak młodych dziewczynek mocno razi – ale swoboda, z jaką nastolatki traktowały temat obciągania, nie bacząc na publiczne miejsce i przysłuchujących się ludzi. W jednej chwili zorientowałem się, że moje prawie trzydzieści lat na karku to jednak starość. W myślach pojechałem klasycznym stereotypem: „Za moich czasów tak nie było”.

Chwila refleksji poprowadziła mnie jeszcze dalej. Pojawiła się… nutka rozczarowania, bo jednak nie przypominam sobie, bym w wieku piętnastu lat regularnie spotykał na swojej drodze ekspertki od obciągania. Jeżeli dziewczyna pozwoliła się do siebie zbliżyć, to raczej bawiliśmy się „po bożemu”, a coś ekstra było efektem długich i żmudnych negocjacji (tudzież okazji typu urodziny). Podpytałem znajomych, również tych ze szkoły, i poza małymi wyjątkami nikt nie przypominał sobie takiej otwartości seksualnej wśród młodziutkich kobiet. Czyżby piętnaście lat temu dziewczyny były „porządniejsze”?

Im dłużej o tym myślę, tym bardziej przychylam się do tego typu opinii. Umiejscawiam się w realiach 1999 roku i widzę, że moje życie wyglądało zupełnie inaczej. Nie miałem stałego dostępu do sieci, a z internetu korzystałem po kablu telefonicznym, przy okazji rujnując domowy budżet. Komputer stał w tak zwanym dużym pokoju, a ekran monitora był widoczny prawie z każdego miejsca w mieszkaniu. Praktycznie jedynym, ale jakże emocjonującym zajęciem było siedzenie na IRCu i gadanie z jakimiś dziewczynami (chociaż z perspektywy czasu widzę, że równie dobrze mogli to być robiący sobie jaja kolesie).

Kiedy zdążyłem sprowadzić konwersację do flirtu, czy też rozmowy na tematy, o których nigdy nie ośmieliłbym porozmawiać w cztery oczy, słyszałem „Muszę zadzwonić!” lub „Kończ, bo puścisz dom z torbami!”. O porno w ogóle nie mogło być mowy. Jeśli chciałem pooglądać dupy, wykradałem starszemu bratu kolorowe pisemka spod łóżka. A jak nie miało się starszego brata (lub kolegi), to można było się tylko domyślać, co kobiety noszą pod spódniczkami.

W 1999 roku nie miałem też telefonu komórkowego. Jeżeli chciałem z kimś pogadać, dzwoniłem na numer domowy, waliłem regułkę z powitaniem i przedstawieniem się, po czym prosiłem kogoś do telefonu. Jeżeli danej osoby nie było w domu, trzeba było powtórzyć tę czynność kilkukrotnie. Pamiętam, że kiedyś umówiłem się z kumplem na kosza, ale nie dogadaliśmy się – on stał po jednej stronie szkoły, ja po drugiej. Postaliśmy tak pół godziny i rozeszliśmy się do domów, każdy wkurwiony na tego drugiego.

Kiedy w końcu dostałem swoją pierwszą komórkę, myślałem że zwariuję ze szczęścia. Zaczęło się wieczorne romansowanie ze swojego pokoju, polegające głównie na legendarnym już puszczanie sygnałów. Oczywiście na czarnej liście byli ludzie, którzy nie wyłączyli poczty głosowej – nacięcie się kosztowało 1,75 zł. „Strzałki” były niczym zagadanie do dziewczyny na ulicy, nawiązanie pierwszego kontaktu. Oczywiście sygnały puszczało się nie tylko do dziewczyn, ale też do kolegów. Następnego dnia w szkole, jeżeli pojawiał się ten temat, można było wybrnąć z sytuacji i powiedzieć, że wysyłało się „strzałki” do wszystkich, dla zabicia nudów. Nie mogło przecież wyjść na jaw, że wśród tych wszystkich była ta jedna, dla której cała zabawa miała sens.

Kiedy patrzę jak komórki i internet uprościły relacje damsko-męskie, żadna różnica zachowań mnie już mnie nie zdziwi. Dziś w sieci pełno jest pytań typu: „Moje dziecko ma siedem lat, czy powinnam kupić mu telefon?”. Współczesna młodzież ma do czynienia z najnowszą technologią od najmłodszych lat, dla nich rzeczywistość końca lat ‘90 to już prehistoria. Praktycznie każdy nastolatek ma smartfona z dostępem do internetu, a zagadywanie do osób płci przeciwnej stało się wręcz intuicyjne – pojawia się zielona kropka i można pisać. Żeby zaproponować randkę nie trzeba już spojrzeć drugiemu człowiekowi w oczy i spytać wprost. Lepiej z zacisza własnego pokoju wysłać wiadomość na fejsie. Można się śmiało oblać się rumieńcem, i tak nikt tego nie zauważy.

Technologia pozwala omijać bariery i łatwiej łączyć się ludziom w pary – nie tylko tym najmłodszym. Z kolei ogromny porno-biznes edukuje społeczeństwo. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić sobie, jak można uchronić dwunastolatka przed oglądaniem bzykania w internecie – to chyba niemożliwe. Można zakładać blokady, instalować kontrole rodzicielskie, ale zawsze się znajdzie kolega, czy koleżanka, których smartfon ogarnia porno-stronki. Młodzież się więc edukuje sama, zdecydowanie wcześniej, niż kiedykolwiek. Trendy, które obserwujemy na rynku porno, siłą rzeczy stają się trendami polskich szkół. Obciąganie to przy tym małe piwo.

Zmianę, jaka się dokonała, można przedstawić na innym przykładzie, nie rozgraniczonym długim okresem piętnastu lat. Wystarczy skonfrontować wspomnienia ludzi, którzy byli „gimbusami” i tych, których taka przyjemność ominęła. Jedni dojrzewali bez komórek i stałych łącz, drudzy odwrotnie – jako pierwsze pokolenie w dorosłość wkroczyło on-line. Gdyby zrobić badania społeczne, z pewnością wyszłoby, że ta młodsza grupa zdecydowanie wcześniej zaczęła się bawić w bzykanie i robiła to z większym pomysłem.

W pierwszej chwili, jako przedstawicielowi starszego pokolenia, zrobiło mi się nawet żal. Przed oczami stanęła mi scenka z filmu „Little Miss Sunshine”, w której dziadek dzielił się z wnukiem życiową prawdą. Cytuję z pamięci: „Masz piętnaście lat? Bzykaj rówieśniczki, póki jeszcze możesz. Jak skończysz osiemnaście lat, to będzie nielegalne.”

Przez moment pomyślałem nawet o pewnej dziejowej niesprawiedliwości – w końcu mój okres dojrzewania mógł być o wiele weselszy, gdybym tylko miał współczesne narzędzia, a rówieśniczki współczesną świadomość seksualną.

Cieszę się jednak tym, co miałem. Satysfakcją, jaką dawało odważenie się i wypalenie koleżance z klasy prosto w oczy – podobasz mi się. Do takich wyznań człowiek zbierał się tygodniami, planował każdy ruch. Kiedy mu się udawało, zyskiwał nieskrywany szacunek szkolnych kolegów, był prawdziwym kozakiem. Rzecz jasna nie wykluczam, że dziś też jest spora grupa oldschoolowców, którzy wolą bezpośredni kontakt, ale to z pewnością mniejszość. Dziś idzie się na łatwiznę, a łatwiejsze jest napisanie na fejsie, czy wysłanie SMS-a. Nawet wykonanie telefonu na jej komórkę to dla niektórych zbyt wiele.

Nie da się ukryć, że lata ’90 były czasami bardziej romantycznymi, powiedziałbym nawet, że bardziej ludzkimi. To człowiek był w centrum, nie żadne słoneczko, kopertka, czy kolorowa kropka. Nie zmienia to faktu, że dla mnie jeszcze lepiej brzmią historie z czasów mojego ojca. Kiedyś – jak mi opowiadał – poszedł do dziewczyny pod blok, czekał trzy godziny przy klatce schodowej, a kiedy w końcu przyszła, poszli pograć w bierki.

To dopiero były czasy.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑