Zabiegany, odcinek 1: kiedy maratończyk olewa treningi

Opublikowano Lipiec 22, 2014 | przez Dżordż

biegACZ

Są już pierwsze „ofiary” boomu na bieganie. To ludzie, którym po prostu… odechciało się trenować. Z naprawdę różnych powodów.

Trzej moi znajomi, którzy zaliczyli w 2013 roku maratony, od jakiegoś czasu nie uprawiają joggingu albo też ćwiczą BARDZO rzadko. Pierwszy z nich przyznał, że po prostu znudziły go ciężkie, monotonne treningi. Drugi zakochał się w aikido oraz… sędziowaniu meczów piłkarskich. Trzeci przekonuje, że rozpoczął pracę życia w branży, która go pasjonuje i teraz nie bardzo ma czas i ochotę na robienie czegokolwiek innego. Szczególnie, że odkąd nie biega wcale nie przytył.

Tak się jakoś złożyło, że o decyzji całej trójki usłyszałem w ciągu niecałego tygodnia. W pierwszej chwili byłem nią bardzo zdziwiony, po chwili refleksji uznałem jednak, że panowie zachowali się bardzo… przewidywalnie.

Dla większości społeczeństwa bieganie jest bowiem fajne, ale tylko na początku, powiedzmy, że przez około rok. Wtedy człowiek szybko chudnie, poznaje nowe trasy w okolicy i ma jeszcze niezużyte stawy. Z czasem waga przestaje jednak maleć, te same ulice na dzielni zaczynają nużyć, a nogi dają o sobie znać coraz bardziej. Jednemu przypląta się problem z kolanem, drugi naciągnie czworogłowy, trzeci nie będzie w stanie pozbyć się bólu dwugłowego.

Te wszystkie rzeczy łatwo zniechęcają do jakiegokolwiek treningu biegowego. Ewentualnie sprawiają, że co bardziej aktywny fizycznie osobnik szuka innego sportu, na który będzie mógł przelać swoją miłość, najlepiej mniej bolesnego, właśnie jak aikido.

Zauważam, że ostatecznie przy bieganiu zostają dwie grupy osób: turyści oraz… masochiści. Ci pierwsi są ludźmi, którzy nie mają ambicji, by biegać maratony i poprawiać życiówki. Bywa, że kiedyś zaliczyli co prawda 42 km i 195 m, ale tak ogólnie cieszy ich po prostu fakt, że 2-3 razy w tygodniu wybiorą się na godzinny trucht, który pozwoli utrzymać w miarę wysportowaną sylwetkę, a jednocześnie nie przeciąży mięśni.

Ci drudzy mają dokładnie odwrotnie – wizja coraz to nowych sukcesów jest tym, co pozwala wytrzymywać katorżnicze treningi. Nogi bolą, tchu brak, w głowie się kręci, ale nic to, biegnę, bo za miesiąc maraton i muszę w nim złamać upragnione 3:15:00 – takie mniej więcej mają podejście. Wiem, bo sam należę do tego zbioru szaleńców.

Bardzo często ćwiczę ze łzami w oczach, czasem są one wynikiem bólu piszczeli, innym razem ogólnego zmęczenia, ale nie poddaje się tylko walczę. Nie wiem na jak długo starczy mi sił, zgaduję, że dopóki, dopóty chęć bicia życiówek będzie przerastać fizyczne cierpienie.

Przez ten czas zamierzam regularnie pisać wam o swoich przemyśleniach dotyczących różnych aspektów treningu. Wierzę, że cykl pt. „Zabiegany” przetrwa na Wyszło nie miesiąc czy dwa, ale dłużej, mam nadzieję, że przyczyni się do tego, iż pokonacie swoje kryzysowe, biegowe chwile, które – tego możecie być pewni – prędzej czy później zapukają do waszych drzwi z impetem, bez jakiejkolwiek subtelności.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑