Zejdźcie z drogi. Polak leci na wakacje!

Opublikowano Lipiec 26, 2014 | przez lucky bastard

10489897_10152575062989231_9149559786873696309_n

Nie wiem do końca z czego to wynika, ale jakoś tak już jest, że jak tylko słońce zaczyna trochę mocniej prażyć, sugerując zbliżające się wakacje, media z uporem maniaka rozpoczynają wciskanie nam stereotypu „złego Polaka na urlopie”. Że jak Polak jedzie na wakacje, nie daj Boziu za granicę, to nic tylko się za niego wstydzić. Od lat ta sama śpiewka. Przeciętny Jan Kowalski na zagranicznych wczasach, czyli pijak, żarłok, awanturnik. No generalnie dzicz i swołocz. Od Polaka gorszy tylko ruski!

W paru miejscach w życiu byłem i o dziwo nigdy za Polaków wstydzić się za bardzo nie musiałem. Ani za pijaków, ani za awanturników. Głupich, jak wiadomo, na świecie więcej jest niż mądrych, więc pojedyncze przypadki się zdarzały, ale wszystko to w granicach normy. Może też i z racji tego, że zwykle były to miejsca w miarę na poziomie. Nie jakieś wesołe mordownie pełne karaluchów za promocyjne 950 złotych w all-inclusive. W każdym razie – do chóru zgorszonych na pewno nie dołączę.

Natomiast jednej sprawy, sprawdzonej wielokrotnie, nigdy, ale to przenigdy nie zrozumiem. Niech mi to ktoś, proszę, wytłumaczy, dlaczego, do cholery, kiedy Polak wyjeżdża na wakacje, wstępuje w niego jakiś demon… Demon rywalizacji o „pole position”, jakby co najmniej był Kubicą. Choćby kolejka liczyła i sto ludzi, on się w niej ustawi, byle czegoś nie przegapić. Byle się nie spóźnić, byle go coś nie ominęło. Nie wiem, czy to jakieś przyzwyczajenia po komunie, jakaś obawa, że jak się czegoś od razu nie wywalczy, to później może zabraknąć, ale koniec końców – efekt jest komiczny i zupełnie pozbawiony sensu.

Wyścig zaczyna się już na lotnisku.

Wylot – 7 rano. No to Polak dyma na Okęcie (Balice, Pyrzowice – wszystko jedno) już o czwartej, bo w biurze podróży jakaś miła pani powiedziała, że na miejscu ma być dwie godziny przed wylotem. Po jaką cholerę? Nie wiadomo. Polak przeżył to już w swoim życiu z dziesięć razy, ale wniosków ciągle nie wyciągnął. Jeśli pani z biura – dla własnej wygody i świętego spokoju, oczywiście – powie, że ma być o piątej, to Jan Kowalski będzie, na wszelki wypadek. Wszystko kończy się oczywiście w jeden sposób – stuosobowa kolejka do odprawy, jeden depcze drugiego po piętach, ale wszyscy twardo stoją w rządku, żeby o 5:25, ciągle ponad półtorej godziny przed wylotem, być już odprawionym. I żeby, zamiast wyspać się w spokoju w domu tę godzinę dłużej, móc ustawić się w następnej kolejce. Zaraz przecież rozegra się prestiżowa walka o pierwszeństwo wejścia na pokład! Pal licho, że miejsca numerowane i przypisane do każdego podróżnego – czy wsiądziesz pierwszy, czy ostatni i tak zajmiesz dokładnie to miejsce, które masz na bilecie. Ale nie, Polak w wakacyjnym szale tego nie pojmuje. On ustawi się w rządku pierwszy, już na pół godziny przed otwarciem bramek. I tak sobie będzie stał, jak osioł, żeby mu czegoś przypadkiem przed nosem nie zamknęli. Żeby przypadkiem nie polecieli bez niego, bez żadnego ostrzeżenia.

Kiedy akcja kończy się sukcesem i turysta-Polak zajmuje wreszcie swoje miejsce na pokładzie (zdziwiony dlaczego nie przy oknie!), już wiadomo, że niebawem zacznie się następny teatr. Kiedy? Jak tylko samolot szczęśliwie wyląduje. Jeśli podróżuje z tobą, dajmy na to, 120 osób, możesz być w stu procentach pewien, że przynajmniej 70 momentalnie, zaraz po zetknięciu z podłożem, w dzikim szale wystrzeli do luków bagażowych po swoje torby, torebki i walizki. Chociaż stewardessy będą prosić o zajęcie miejsc, bo samolot nawet się jeszcze nie zatrzymał, oni będą targać te swoje walizy, szarpać, przepychać się między sąsiadami, żeby je tylko mieć przy sobie. Później oczywiście i tak poczekają kolejne trzy do pięciu minut (koniecznie na stojąco, w gotowości z bagażami w rękach, jak sprinterzy przed biegiem na 100 metrów), zanim będzie można ruszyć z miejsca.

Turysta lecący na wakacje spieszy się nawet… z biciem braw pilotom, co samo w sobie jest dość kuriozalne. Może kiedyś doczekamy czasów, gdy będziemy bić brawa motorniczym, że trafili tramwajem na zajezdnię. Niemniej, zauważcie, kuriozalne jest to wręcz podwójnie, bo oklaski zawsze rozlegają się już po chwili od zetknięcia się kół samolotu z ziemią, kiedy z rozpędzoną maszyną może wydarzyć się jeszcze tysiąc niedobrych rzeczy. Ktoś to kiedyś zbadał – w chwili tego nieszczęsnego bicia braw szanse katastrofy ciągle są wyższe o nawet 80 procent niż podczas spokojnego lotu na poziomie 10 tysięcy metrów.

Ale to nie koniec. Do ponownej kontroli paszportowej typowy Polak na wakacjach też musi ruszyć pędem. Żeby przypadkiem nie odstawać! Efekt? No wiadomo, na koniec i tak to nadgorliwcy czekają na rozsądnych, którzy po drodze zrobili jeszcze siusiu, kupili ciupagę (czy inne lokalne suveniry) na straganie, wypili podwójne espresso w lotniskowym barku i nie przeciskali się przez oszalały tłum depczących sobie po piętach globtroterów w hawajskich koszulach i słomkowych kapeluszach.

Nie dziwię się, kiedy ktoś startuje w tym „wyścigu” po raz pierwszy. Jeśli nigdy wcześniej nie miał okazji się przekonać jak się sprawy mają. Ale kiedy słyszę gdzie to ten jegomość nie był, czego to nie widział, a mimo to po raz n-ty nerwowo staje do „wyścigu”, w którym niczego nie można zyskać, to mi ręce opadają i wszystko inne więdnie. Absurdalna psychologia tłumu. Jeden wstaje, reszta za nim. Jeden przyspieszy kroku, pozostali również. Tylko po co się tak spinać? Przecież chodzi tylko o to, żeby tym kawałem żelastwa przelecieć z jednego miejsca w drugie. O ile nie spóźnisz się brutalnie, nikt o tobie nie zapomni. Nie zatrzaśnie drzwi przed nosem, jak złośliwy kierowca miejskiego autobusu.

Komentarze


Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑